Bloog Wirtualna Polska
losowy bloog | poleć tego blooga | inne bloogi | zaloguj się | załóż blooga
Kanał ATOM Kanał RSS

Bezinteresowna, bo bez nagród, popularyzacja czytelnictwa

sobota, 27 czerwca 2009 21:04


Najlepszym sposobem na popularyzację czytelnictwa jest samo czytelnictwo. Jeżeli człowiek w jakimś momencie swojego nędznego żywota nie pokocha czytania, to żywot jego jeszcze marniejszym się stanie. Chciałoby się w tym momencie użyć starotestamentowego porównania autorstwa pana Syracha (o tym krowim nawozie strzepniętym z dłoni), ale wrodzone poczucie taktu nie pozwala.


Chciałem dziś trochę na bloogu popularyzować czytelnictwo (nie mylić z polaryzacją i upupieniem), ale jak tu zachęcać do czytania, skoro najlepszą zachętą do czytania jest samo czytanie. I lepszej zachęty nie będzie.


Będą za to zagadki literackie. Nagród za rozwiązanie zagadek nie przewiduję, bo zagadki są za trudne, aby należały się za ich rozwiązanie jakieś nagrody. Cenne nagrody przyporządkowano w naszym przecudownym kraju konkursom smsowym i idiotele audiotele. Poza tym to nie konkurs, tylko zagadki literackie. Zupełnie inna bajka.


1.
Mój syn - jeszcze przez kilka dni, a może i godzin, jedynak - uwielbia wspaniałe takie krótkie wspaniałe opowiastki o grupie kolegów. Nie podam tu imion, bo zadanie byłoby zbyt łatwe i musiałbym ufundować jakąś nagrodę. Podam za to kilka szczegółów.

Po pierwsze - książeczki te, opowiastki te, są cudowną kpiną z dorosłych. Z rodziców, z nauczycieli, z sąsiadów.

Po drugie - jest tam taki chłopiec, który ciągle je. I taki, który ma ojca policjanta. I jeszcze taki jeden, co to ma tak na imię jak piłkarz, który strzelił kilka goli hydraulikom z państwa otoczonego przez Włochy.

Po trzecie - no bo co w końcu, kurczę blade.

W rozwiązaniu proszę napisać:
1. Tytuł jednej z książeczek.
Podanie autora nie jest obowiązkowe. Można podać tez pin do swojej karty bankomatowej, pod warunkiem jednak, że zostanie mi owa karta wysłana, a konto nie ulegnie wcześniej wyczyszczeniu.


2.
W wakacje zamierzam wrócić - jak do starych przyjaciół - do książek, które już kilkakrotnie czytałem. Powrót ów może odbywać się na różne sposoby - mogę słuchać sobie książki na odtwarzaczu mp3 podczas biegu. Mogę też konwencjonalnie przewracać sobie kartki.

Tej książki nie polecam swoim uczniom. W gimnazjum w ogóle o niej nie wspominam. W drugiej zaś klasie liceum mówię uczniom, że ze względów obyczajowych nie powinni do tej książki zaglądać. Zapisuję nawet na tablicy autora i tytuł tego wielkiego dzieła, każę zapisać to w zeszytach i opatrzyć adnotacją Pan Majewski tego nie poleca. Zdarzało się, że licealiści przychodzili do mnie bardzo zadowoleni, mówiąc, że my już wiemy, dlaczego pan tak nam o tej książce mówił.


Nie dodam dla ułatwienia, że autor tego dzieła otrzymał ponad dwadzieścia lat temu nagrodę Nobla. Że pochodzi z Kolumbii i że pierwszy wyraz z tytułu książki to liczebnik. I że miejsce akcji to małe miasteczko. Dotknięte też chorobą bezsenności. Poniżej jeden z moich ulubionych cytatów z tego dzieła.

U wylotu drogi z moczarów umieszczono napis: "Macondo", a nieco dalej, inny, większy, przy głównej ulicy: "Bóg istnieje".


W rozwiązaniu proszę napisać:
2. Autor i tytuł dzieła.
Można też napisać rozprawkę z elementami eseju, dlaczego pan Majewski nie poleca tej książki swoim uczniom.


3.
Autor tego dzieła też otrzymał nagrodę Nobla. Na motywach zaś tej książki napisano wspaniały musical(?). Słowa do pieśni układała sama pani Agnieszka Osiecka. Oto sztandarowa pieśń z tego spektaklu. W bardzo odważnej aranżacji. W świetnym wykonaniu pani Moniki.



W rozwiązaniu proszę napisać:
3. Autor i tytuł dzieła.
Można też napisać solidną porcję inwektyw względem ojca prowadzącego bloog, bez względu na to, czy się mu ten pin z niewyczyszczonym kontem i kartą bankomatową posłało, czy też nie. Proszę też nie pomylić wspaniałego pisarza z maszyną do szycia i dopisać, czy kolejne zagadki będą przez umiłowanych Czytelników mile widziane.

komentarze (13) | dodaj komentarz

Cy to cy tat

wtorek, 23 czerwca 2009 21:54


Nie chciało mi się dzisiaj pisać, ale głowa naszego państwa, pan profesor Lech Kaczyński, potrafiła mnie jednak do blogowania zmusić zmotywować. Jakże ci Polacy są niewdzięczni! Jakże mogą pana prezydenta nie doceniać i całymi swoim jestestwami nie pragnąć jego reelekcji! Po prostu szkoda słów...


Tylko wielkie osobistości, znakomite autorytety nauk wszelakich, doskonali mężowie stanu mogą sobie pozwolić na wprowadzanie tak daleko idących zmian w literaturze. Bo dlaczego niby nie wolno zmieniać autorów cytatów z wielkich dzieł literackich, cytatów, które są już przysłowiami albo i nawet zwrotami z języka potocznego? Przecież zjadacze chleba to takie pogardliwe określenie prostych ludzi. Czy musimy pamiętać, że do języka wprowadził je pan Juliusz Słowacki. A kaganek oświaty? To także metafora z wiersza Testament mój autora Kordiana (dzieło to cierpliwie czeka w kolejce, aż pan prezydent przypisze  podaruje je na przykład pani Wisławie Szymborskiej, która zań otrzymała nagrodę Nobla). Cóż, co się odwlecze, to nie uciecze. To też cytat. Z Pana Jowialskiego pana Aleksandra Fredry. Błysnąłem elewacją elokwencją i erudycją.


Pan prezydent uratował od zdewaluowania słowa pana księdza Twardowskiego:
Śpieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą...

Najważniejszej osobie w państwie, w imię obrony dziedzictwa narodowego przed rozmienieniem go na drobne, wolno czynić kroki nadzwyczajne. Takim było zmienienie autora wiersza Śpieszmy się. Bo - nie oszukujmy się - na każdej kartce z kondolencjami śpieszmy się..., przy każdej żałobie narodowej śpieszmy się, przy każdym dniu zadusznym śpieszmy się... Panie Prezydencie, brawo za odwagę, brawo za bezkompromisowość, brawo za tak udane promowanie twórczości jakże niedocenianego pana Zbigniewa Herberta! Jako obywatel jestem z pana tak dumny, że musiałem o tym - w tej formie, na tym bloogu - o tym napisać.


Zresztą, co ja tu opowiadam o jakiś cytatach! Budżet państwa się chwieje, fabryki upadają, pensje nauczycieli coraz niższe w stosunku do podwyżek cen prądu, gazu i wody, a ja tu o literaturze... O tempora, o mores!
Nie czas żałować róż, gdy płoną lasy, panie Majewski.


PS
Puenta jest całkowicie nieudana. To cytat z Lili Wenedy wspominanego już pana Słowackiego. Pan Jerome ma rację. Ten bloog trzeba zaorać.


komentarze (13) | dodaj komentarz

O porażkach w podrozdzialikach

niedziela, 21 czerwca 2009 18:42



Odcinek pierwszy
Zastój w komentarzach

Zmniejszyła się ilość komentarzy na moim bloogu. Moje wpisy przestały już zachwycać szeroką publiczność, a podobają się jedynie najbardziej wyrafinowanym z umiłowanych Czytelników - pani Iwonie, państwu Poczwarnym, panu Barnabie, panu Hagenowi, panu Artowi. Myślę, że dobrze, iż tak się stało. Dlaczego tak myślę? Nie wiem, po prostu myślę, aby nie popaść w bezmyślność. Bo to właśnie bezmyślność, a nie beenhakeryzm jest naszą największą wadą narodową. Wadą, przez którą już tyle przegraliśmy. Nie tylko meczów piłkarskich. Zresztą, po co ja o tym piszę? Przecież nie lubię piłki nożnej.

Wartość dydaktyczno-wychowawcza odcinka. Powtarzać sobie: Głowa do góry! Od piłki nożnej trzymać się z dala. Rozpowszechniać termin beenhakeryzm. Kochać umiłowanych Czytelników miłością niezależną od liczby komentarzy. Powtarzać wszystkim, że jest radość.


Odcinek drugi
Przegrany zakład

Dawno, dawno temu, zapewne jeszcze przed powstaniem listopadowym, jeden z uznawanych za autorytet myślicieli, powiedział, że jeżeli ktoś się zakłada, to albo jest głupi, albo jest świnią. Głupi, bo wie, że przegra. Świnia, bo wie, że wygra. Chciałem być świnią (choć intencje miałem dobre) i zmotywować uczennice i uczniów, których jestem wychowawcą, do nauki. W lutym powiedziałem, że jeżeli na koniec bieżącego roku szkolnego osiągną średnią klasową powyżej 4, to ja do ich matury nie zetnę włosów. I co z tego dziś mam? Średnia klasowa - 4,16. Mój wygląd za rok - brak skali ocen negatywnych.

Wartość dydaktyczno-wychowawcza odcinka. Należy wierzyć w młodzież. Nie przekreślać z góry. Szukać niekonwencjonalnych sposobów motywowania do nauki. Konsultować takie zakłady ze swoimi domownikami.


Odcinek trzeci
Niepobity rekord

Pierwszy raz w życiu nie udało mi się pobić rekordu życiowego w półmaratonie. 1:59:02. A na 15 kilometrze jeszcze szansa była (1:21:10). Wcześniej biegłem razem z panem Pawłem (na jednym ze zdjęć z numerem 90), o którym już tyle ciepłych słów na bloogu napisałem i który obiecał mi, że poprowadzi mnie na życiówkę. I prowadził mnie kapitalnie. Nie pozwalał przyśpieszać, mimo że aż mnie ponosiło, aby pognać gdzieś w przód, gdzie lśnił horyzont za kolejnym zakrętem. Co jakiś czas pytał o samopoczucie. Niestety, na 14 kilometrze, pana Pawła dopadła kontuzja kolana, musiał zwolnić i na metę przybiegł 7 minut po mnie. Starałem się biec dalej tym tempem, które wcześniej dyktował pan Paweł, ale kiedy na trzecim punkcie odżywczym zabrakło dla mnie izotoniku, poczułem się, jakby ktoś odciął mi całkowicie dopływa prądu. Tempo spadło, rozbolały mnie niektóre mięśnie i życiówka odpłynęła. Mimo że kilometrowy podbieg na ostatnim kilometrze pokonałem w swoim tempie. Mimo że jako miejscowy miałem kapitalny doping na finiszu. Mimo że ostatnie metry mogłem pobiec z synkiem za rękę. Mimo że było nas dużo z Drużyny Szpiku. Mimo że ze startu honorowego na start ostry odprowadzała nas olimpijka, mistrzyni Polski w maratonie i półmaratonie, przesympatyczna, przemiła i w ogóle, pani Monika Drybulska (na jednym ze zdjęć z jegomościem w koszulce od pana Juszczenki). Mimo że za chwilę zamieszczę na bloogu maleńki fotoreportażyk  zbiorek zdjęć bez podpisów z sobotniej imprezy. Panie Jarku, dziękuję za kapitalne zdjęcie z mety.

Wartość dydaktyczno-wychowawcza odcinka. Zapamiętać uczucie zawodu i je oswoić, aby bieganie na zawodach nie stało się durną pogonią za życiówkami i źródłem frustracji. Pochwalić się synem, który - przy niedzielnym obiedzie - niepytany przez nikogo powiedział wujkowi, że jak będzie duży, to będzie biegał z tatą w Drużynie Szpiku, bo są najlepsi, a ja już mam od taty taką koszulkę. Zapamiętać skandowanie swojego imienia na mecie. Zaznaczyć, że to były wspaniałe mistrzostwa Drużyny Szpiku. Pokazać, jak wygląda chaos w jednym z akapitów na bloogu i apelować o niepopełnianie takich błędów.
















Odcinek czwarty i piąty
Niedotrzymanie obietnic. Kolejne obietnice




W zwiastuniku do dzisiejszego wpisu zapowiedziałem poruszenie tematów pamięci, ech z zupy, braku odcinka oraz sierpniowego obozu w górach. Do zagadnień tych wrócę w kolejnych wpisach, niektórym z nich poświęce całe wpisy. W końcu są wakacje i w ogóle. W ramach przeprosin piosenka, przy której Drużyna Szpiku, wczoraj, po biegu, na koncercie w ramach dni Unisławia.  Piosenkę tę chciałbym także zadedykować pani Marii (na zdjęciu powyżej), najlepszej prababci wśród maratończyków i najlepszemu maratończykowi wśród prababć, a także panu Florianowi (rocznik 1935 - sic!), dwukrotnemu już dawcy szpiku. Panie z Drużyny Szpiku mają ładniejsze fryzury niż siostry od piosenki.

Wartość dydaktyczno-wychowawcza odcinka.
[brak części wpisu - na stałe, nieodwołalnie]



komentarze (5) | dodaj komentarz

Na luziku ze zwiastunikiem

piątek, 19 czerwca 2009 0:44


Potrzebny był dzisiejszy trening. W zasadzie zawody. Tak bardzo potrzebny (potrzebne), że ani nie chciało mi się zapamiętywać czasu, ani nie chciało mi się go szukać w sieci www, ani chyba nawet nie zapiszę go w kajeciku z wynikami. Może jednak zapiszę. Panie Henryku, miałem pana o coś zapytać, ale zapomniałem o co.


Tak wyglądaliśmy kwadrans przed startem. Wszystkim podobał się mój dres, który wcześniej miałem na grzbiecie swoim podczas pożegnania klas trzecich gimnazjów. Panie Damianie, to pana pozdrawiałem we wpisie, który był do zupy. 





Całą trasę biegliśmy z panią Emilią (to ta pani, co tak ślicznie się uśmiecha) i z panem Michałem (to ten pan, co tak ślicznie się zamyślił). Chciałem pobiec szybciej, strzelić sobie życióweczkę, ale postanowiliśmy przebiec całą trasę we trójkę. Oszczędzałem też siły na sobotę. Na półmaratonie w moim Unisławiu muszę wypaść rewelacyjnie - syn będzie czekał na mecie, najmłodszy szwagier, teściowa. Żona może nie przyjść. Może się też zdarzyć tak, że nie wystartuję, że razem z żoną będziemy czekać na start życiowy najmłodszego z państwa z Majewskich. Panie Jerzy, już wracam do tematu, proszę, oto kolejne zdjęcie. Wyjście na start, za parę minut, na pierwszym kilometrze złapie nas ulewa paskudna, a fuj i ble, ohyda. Nie było tak źle. Pan Michał rozmawia z koleżankami pani Emilii. Tu warto dodać, że pani Emilia pracuje w przedszkolu, a jej koleżanki z przedszkola specjalnie przyjechały jej kibicować. Jest radość!





Po mojej prawej stronie (lewej ręce) idzie pan Krzysztof (w niebieskiej koszulce). Pan Krzysztof zabronił mi - od dzisiaj - zwracać się do siebie panie Krzysztofie. Wyjątek ustanowił dla blooga. Bardzo dobre rozwiązanie. Mi też się podoba. Panie Krzysztofie, możemy być z siebie dumni.


Chciałbym jeszcze dodać, że na dzisiejszym treningu (zawodach) uczyłem się biec wolniej niż chciałoby mi się biec. To ważne w kontekście kolejnych maratonów. Mój debiut mógłby być okazalszy, gdybym pobiegł wolniej pierwsze 21 kilometrów. Nie przeklinałbym wtedy tabliczek z oznaczeniami trzydziestego ósmego i trzydziestego dziewiątego kilometra. Panie Arturze, kiedy spotkamy się na kolejnym maratonie, nie usłyszy pan już takiej wiązanki jak na przedmieściach Torunia.


I cieszę się, że mieliśmy zaszczyt biec przez kilka kilometrów z panem Tomaszem Osóbką, uczestnikiem wszystkich zawodów biegowych odbywających się w naszej okolicy. Pan Tomasz Osóbka w Maratonie Metropolii miał czas zbliżony do mojego, natomiast czas teraz zupełnie inaczej dla niego płynie. Chciałbym w jego wieku tak biegać, tak radować się bieganiem, tak jak pan Osóbka dawać przykład dwudziestoparoletniej i trzydziestoparoletniej smarkaterii. I dlatego, pod zdjęciem z panem Tomaszem Osóbką, piosenka, którą chciałbym temu znakomitemu biegaczowi zadedykować. Piosenkę, którą zasugerował - podczas ulewy - pan Michał, śpiewa pan BJ Thomas. Panie Tomaszu, jestem szczęśliwy, że mogę Panu zadedykować piosenkę. Tę piosenkę.








Jeszcze dwa zdjęcia z mety. Jedno z wygłupami - bo chcieliśmy wbiec razem i wyszło tak ot co. Drugie - bo tylko fotografowie oglądali na mecie nasze plecy. Trzecie - bo pani, pani Emilio, było ładnie i wygodnie na naszych rękach.











Na luziku dodaję jeszcze - niewyjustowany - zwiastunik.
Kolejny wpis będzie w odcinkach, podrozdzialikach, całostkach i cząstkach. Będzie o pamięci, przegranym zakładzie, półmaratonie, echach z zupy, braku odcinka, o sierpniowym obozie w górach, o czymś, co można nazwać nie tylko. Chyba że nastąpi rozwiązanie w kwestii powiększenia (się). Wtedy będzie jeszcze inaczej, pani Asiu. I na bloogu, i w naszym życiu.

komentarze (5) | dodaj komentarz

Wpis do zupy

poniedziałek, 15 czerwca 2009 20:15


Zupa pieczarkowa. Z pulpecikami. Pomoc syna. Wspólne kulanie pulpecików. Pilnowanie. Efekt - nieoblizywanie paluszków. Groźba zatrucia. Oddalone. Pulpeciki. Wrzątek. Wyławianie. Liść laurowy. Ziele angielskie. Wyławianie. Sól. Bez wyławiania. Marchew pokrojona. Plastry krzywe. Krojone samodzielnie tępym nożem. Tempo zabójcze. Pietruszka. W słupki. Seler w słupki. Nać selera. Nać pietruszki.  Nać pietruszki na koniec. Makaron. Bączki, świderki? Bączki. Tato. Ja sam makaron. I keczup. I same pulpeciki. Zgoda, synku. Prawda? Prawda.


Dziwny wpis. Do zupy ten wpis. Durne eksperymenty. Krytyka pana Jerome'a. Zaslużona. Jak prawie zawsze. Zepsute zdjęcie z mistrzem. Zamknięte oczy. Sprawca popsucia? Fotografowany? Fotografujący? Zacinający się shift. Do zupy. Reklamacja. Niechęć wobec eksperymentów. Durnych eksperymentów. Wpis do zupy.


W sobotę mistrzostwa Polski. Najlepsza drużyna biegowa na świecie. Półmaraton. Unisław. Pani Monika Drybulska? Pan Marcin Fehlau? Pan Przemysław Walewski? Pan senator Piotr Gruszczyński? Panowie wojewodowie. Wielkopolski? Kujawsko-pomorski. Patronaty. Nagrody w kategoriach. Propagowanie transplantologii. Chęć życia. Życia nie dla siebie. Życia dla innych. Życie, życie, życie. Dzielone z innymi. Bez drugich do zupy. I zupa. Dobre biegi. Unisław. To już ta sobota. 11.00. Czerwono w Unisławiu. Już w tę sobotę.


Wciąż bez czasowników. Morza szum, ptaków śpiew. Ostatni dzień w mazurskich stronach. Tyś jedyna. Asfaltowe łąki.





Niezła zupa. Jeszcze kleks jogurtu naturalnego. Albo śmietany. Emulsji nie. Asfaltu też nie. Niczego nie. I świeżo mielony pieprz. Pozdrowienia dla pana Hagena. Piękne zdjęcia przyrody. Zachęcenie do zajrzenia tam. Nie do zupy. Nie tam. Tu. Tu tu to ja, słoń. Tu do zupy. Pozdrowienia dla pana Damiana. Radość. Bycie radosnym. Zawszość. Wszędość. Trzeźwość.


Dadaizm?


Nie. Bełkot.


Potrzeba bełkotu.


Bełkot  mi wkoło zupy lata.

komentarze (8) | dodaj komentarz

 12  »
Internetowe Dzienniki Biegowe

piątek, 12 marca 2010

Licznik odwiedzin: 49407




Mijamy

« czerwiec »
pn wt śr cz pt sb nd
01020304050607
08091011121314
15161718192021
22232425262728
2930     

O mnie

Tomasz Majewski

Urodzony w roku zasłużonym
dla polskiej piłki nożnej,
w roku, o którym śpiewają
The Connells (o następnym
też śpiewają),
w pierwszej stolicy Polski.

Nauczyciel języka polskiego
z Unisławia,
ceniący lapidarne opisy.

Miłośnik gór i nizin, dobrej kuchni, dobrej literatury, dobrego filmu, dobrego teatru (także amatorskiego), dobrej muzyki i wszystkiego, co dobre, a szczególnie wszystkich, co dobrzy.

Mógłbym dużo o sobie pisać.
I naprawdę dużo dobrego. Moi znajomi wszystko by potwierdzili. Ale ci sami znajomi mówią też, że najbardziej cenią mnie za wrodzoną skromność. Zatem w informacji
o mnie nie będzie za dużo o moich zaletach.

Poza tym.
Jeest raadość!
Musi być klimat!


Kontakt:
t.majewski.prv.pl@wp.pl
GG 7792030

O moim bloogu

O wartości wartości i o tym, co jest naprawdę warte tego, aby było warte. Warto o tym pisać. Nawet jeśli wydaje się to być pisaniem o niczym.

Księga Gości

Ostatni wpis w księdze:

  • data: 17.11.2009 16:38:58
  • autor: AST
  • treść: biegnij.....bo warto...

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Wyliczono...

Odwiedziny: 49407
Wpisy
  • liczba: 156
  • komentarze: 1700
Księga gości: 43
free counters