Na niedzielę - każdą niedzielę - przypada trening najdłuższy, przez niektórych nazywany treningiem tlenowym. Dlaczego na niedzielę? Bo w niedzielę odbywają się najczęściej maratony. 7 czerwca też wypada w niedzielę i dlatego w niedzielę moje treningi są najdłuższe. Przez ostatnie trzy niedziele biegałem trasą Półmaratonu Unisławskiego, który to półmaraton całkiem niedawno na bloogu moim był reklamowany i do udziału w którym wszystkie biegaczki i wszystkich biegaczy zachęcam. Trasa, jak już pisałem, jest przepiękna. Ostatniej niedzieli chciałem nawet zrobić - wzorem pana Robsika i pana Hagena zdjęcia - ale wzorem pana Trąbalskiego aparatu zapomniałem. I - wzorem polityków - obiecuję poprawę.
Jakąż zieloność sprezentowała nam w ostatnich dniach wiosna! W parowach i w wąwozach, na łąkach i na polach, w zagajnikach i w alejach zieloność wszechogarniająca jak u pani Szimeny do afirmacji życia skłania, pełnym biustem pełną piersią, płucami pełnymi oddychać kategorycznie nakazuje, nie zważając zupełnie, że od biegania oddech krótszy, a od odległości znacznej mięśnie nazywane gluteus maximus (dziękuję pani Iwonie za to wspaniałe eufemistyczne określenie czegoś, co niektórzy pospolicie nazywają dupą) bolą tak, iż marzy się o wykręceniu z pępka śrubki i pozostawieniu ich w zaroślach... Dobrze, dosyć, bo umiłowani Czytelnicy zzielenieją wkrótce od czytania takiej pisaniny i zdań tak zielonych złożonych.
O właściwościach odżywczych kasz wszelakich nie trzeba chyba nikogo przekonywać. Warto natomiast spróbować przekonać umiłowanych Czytelników do przyrządzenia jednej z odmian kaszy jęczmiennej, u nas nazywanej pęczakiem, u pani Barbary pęcakiem, na mój sposób (nazwa przysmaku w tytule tego wpisu). Garść pęczaku ugotowałem na sypko. Pod koniec gotowania potraktowałem ową garść pęczaku, która w międzyczasie stała się pełnym gankiem kaszy, dużym ząbkiem czosnku. Odstawiłem to do wystygnięcia i zająłem się zazielenianiem pęczaku. Zielonej kiełbasy nie znalazłem, bo u mnie w domu nigdy takich rzeczy nie było; zresztą do żadnego dania bym tego specyfiku nie dodał. Z zielonej herbaty zrezygnowałem, aczkolwiek popijać przy przyrządzaniu ten płyn można (ja wybrałem izotonik w kolorze złotym). Pokroiłem w cieniuteńkie (jak spoty wyborcze partii panów jednojajowych i występy pana Palikota) plastry garść ogórków konserwowych, dodałem garść zielonego groszku z puszki i garść fasolki szparagowej ze słoika (bez zalewy). Do tego zrobiłem zielony sos - garść majonezu, garść jogurtu naturalnego, garść szczypiorku i garść natki pietruszki. Całość wymieszałem, schłodziłem, podałem rodzinie i żałowałem, że mimo swoich stu kilogramów mam taką małą garść.
Jutro, kiedy już wrócę z sesji rady gminy, gdzie po raz kolejny występować będę jako radny trwale konstruktywnej opozycji, zjem sobie potężną porcję kaszy albo makaronu. Po trochu dla odreagowania, ale przede wszystkim po to, aby mieć siłę w piątek podczas półmaratonu w Chełmży. Nie liczę na pobicie życiówki z Warszawy (w Chełmży na mecie nie będzie pana Vojtka), bo zawody te są jednym z elementów treningu przygotowującego mnie do maratonu Toruń - Bydgoszcz, ale chciałbym osiągnąć czas pomiędzy 2:00 a 2: 05. Rekord życiowy chciałbym natomiast pobić w niedzielę w biegu na 15 kilometrów w Łubiance. Tu zadowoli mnie czas poniżej 1:28. W Łubiance wystartuję w kategorii samorządowców i mam ogromne szanse na miejsce w pierwszej dziesiątce. Nigdy bowiem w tej kategorii nie startuje więcej niż dziesięciu zawodników.
Myślę, że ta piosenka spodobałaby się panu Barnabie. Jest w niej tyle optymizmu, tyle chęci życia, tyle wszystkiego, co dobre co najlepsze. Chciałbym zatem, całkowicie bezinteresownie, w podzięce za wszystkie dobre słowa, którem od niezrównanego pana Barnaby usłyszał, zadedykować mu tę właśnie niezapomnianą - jakże wiosenną, mimo września w jednej ze zwrotek, piosenkę pani Anny Jantar.
Dlaczego w Polsce fundamentalna uczciwość nie prowadzi do oszczędnosci budżetowych? Dlaczego urzędnicy i/albo dziennikarze nie zadbali o spokój gimnazjalistów piszących kolejne części egzaminu?
Jakże kosztowne jest zabezpieczenie egzaminu gimnazjalnego przed ewentualnymi przeciekami! Ileż kosztuje poufność materiałów na egzamin maturalny! I o ile mniej musiałoby zapłacić nasze państwo, gdyby zastosowano wzór brytyjski! Pan Mirosław Sawicki, jeden z wiceszefów Centralnej Komisji Egzaminacyjnej zwraca uwagę na fundamentalną uczciwość: W Wielkiej Brytanii testy są wysyłane pocztą i nie dochodzi tam do żadnych wycieków - powiedział jednemu z portali internetowych. Ileż można by zaoszczędzić dzięki najzwyklejszej, ludzkiej uczciwości! Tylko, czy jest to możliwe w kraju, w którym nawet dorośli uważają za superbohaterów tych, którym zawsze udawało się - czy to na klasówkach, czy to na egzaminach - ściągać? W kraju, w którym ten, który zgłosi nieuczciwość w postaci ściągania, jest nazywany kablem kapusiem, szpiclem, konfidentem i do tego jeszcze prześladowany. Nie tylko wśród dzieci...
W zeszłym roku śmialiśmy się z moimi trzecioklasistami, że chyba miał miejsce jakiś przeciek, bo pytania do Elegii o chłopcu polskim pana Baczyńskiego były takie same jak na lekcji tydzień wcześniej. Moi pierwsi maturzyści podobnie się śmiali w 2003 roku, kiedy prawie wszystkie tematy maturalne (a to jeszcze tzw. stara matura była) pojawiły się pod koniec marca na pracy klasowej. Przeciek? Teraz może być też tak, że dziecko młoda osoba, która osiągnie lepszy wynik niż na zwykłej pracy klasowej, zostanie także posądzona o korzystanie z przecieku. Wbrew pozorom to wszystko jest cholernie złożone. Nie byłoby takie, gdyby nie zawiodła fundamentalna ludzka uczciwość.
Szkoda, że informację o przecieku ujawniono, gdy egzaminy jeszcze trwały. Chcę wierzyć, że nie chodziło tu tylko o sensację, o wiadomość, którą stacje telewizyjne i portale mogą zapisywać na czerwonych paskach. Nie można było tego zrobić w piątek wieczorem, gdy już było po wszystkich egzaminach. Nie można było nieco lepiej zatroszczyć się o gimnazjalistów piszących kolejne części egzaminu?Czy trzeba było przysparzać im dodatkowego stresu zadawaniem pytań o unieważnienie egzaminu w całej Polsce?
Nie wiem także, po czyjej stronie leży wina - czy po stronie urzędników CKE, czy dziennikarzy. Myślę, że ustalenie tego nie jest chyba tak ważne, jak ważny byłby spokój szesnastolatków zdających ważny - bo w znacznym stopniu decydujący o ich dalszej szkolnej drodze - egzamin.
Dopisek petitem
Powyższy artykuł - jeżeli zostanie zatwierdzony przez redakcję - znajdzie się także na portalu wiadomosci24.pl. Tam też będzie taka sobie pewna mała sonda.
Bądźcie pozdrowione, Siostry Biegaczki! Bądźcie pozdrowieni, Bracia Biegacze! Niech dobrzy Aniołowie strzegą dróg Waszych, aby stóp Waszych cennych kamienie nie zraniły, aby pozostałe członki ciał Waszych od kontuzji wszelakich strzeżonymi przez Niebiosa były!
Już li i jedynie dni 60 pozostało do VI Półmaratonu Unisławskiego i Dziesiątki Unisławskiej. W sobotę 20 czerwca o godzinie 11.00 można będzie kapitalnie - i do tego biegowo - rozpocząć wakacje/lato (niestosowne, przykre dla tych, co w lipcu i sierpniu pracować ciężko muszą, skreślić). Dlaczego warto zrobić to właśnie u nas? Próby odpowiedzi poniżej.
Jak już wspomniałem jednym z naszych atutów jest termin. Pierwszy weekend wakacji/lata (niestosowne, przykre dla tych, co w lipcu i sierpniu pracować cieżko muszą, skreślić). Dni Unisławia - po biegu, posiłku regeneracyjnym (regeneracyjna rewelacyjna grochówka), dekoracjach, losowaniu wspaniałych nagród, nie zabraknie atrakcji. Atrakcji muzycznych, kulinarnych i - jakżeby mogłło być inaczej - innych atrakcji także. Termin zatem atrakcyjny i do tego atrakcja na atrakcji.
Nasz półmaraton charakteryzuje się wyjątkowo atrakcyjną (dosyć już tych powtórzeń - przyp. red.) fantastyczną pod względem widokowym trasą. Będziemy biegać przez pola i łąki, przez ocienione aleje, nad Pradoliną Wisły, w przepięknym parowie w Płutowie (przez miejscowych nazywanym parową, nie mylić, proszę, z parówką), przez samą Pradolinę Wisły. Nawet najbardziej wprawne posługiwanie się przeglądarkami graficznymi i prawym guzikiem myszki przez autora niniejszego tekstu nie jest w stanie oddać piękna trasy Półmaratonu Unisławskiego. U nas po prostu jest radość!
Nasza trasa, prócz tego, że jest piękna, oznacza się także ogromnym zróżnicowaniem. Mamy tu i proste, i zakręty. Mamy odcinki pod górkę i - jakżeby mogło być inaczej - odcinki z górki. Tymi odcinkami pod górkę nie należy się jednak nadmiernie przejmować. Po ich pokonaniu bowiem endorfiny w naszych organizmach łączą się w korowody i tańczą uciesznie w rytm bicia naszych rozradowanych serduszek. Poza tym wielu zawodników w Unisławiu właśnie dotkliwie pobiło swoje rekordy życiowe. Tak dotkliwie, że te nie pozwalają się pobić w innych miejscach. Mogą natomiast pozwolić na zdemolowanie siebie 20 czerwca 2009 r. w Unisławiu.
Jeżeli należysz do Drużyny Szpiku, to pamiętaj, że wszystko wskazuje na to, iż w tym dniu, podczas naszego półmaratonu i biegu na 10 kilometrów, odbędą się mistrzostwa Polski naszej najlepszej Drużyny pod słońcem. To może być nasze święto Święto. Niech Unisław stanie się dzięki nam czerwony! Niech ta czerwień przemówi do tych wszystkich, którzy (sic!) myślą, że szpik kostny pobiera się z kręgosłupa! Niech tym, którzy wiedzą o transplantacji szpiku niewiele albo jeszcze mniej, oznajmi dobitnie, że mogą ratować życie innym ludziom i że to naprawdę nie boli! Przybywajcie!
Wsiadajcie zatem, Siostry Biegaczki i Bracia Biegacze, w samochody, autokary, pociągi i przyjeżdżajcie do Unisławia. Tu jest radość! Radość biegania! Radość dzielenia się sobą z innymi!
Pozdrawiam serdecznie
Tomasz Majewski
www.jeestraadosc.bloog.pl

Dziennikarze telewizyjni, ci od faktów, wiadomości, wydarzeń nie są zbyt dobrymi aktorami. Naprawdę starają się mieć zbolały wyraz twarzy, bo w końcu tylu ludzi w tym prawym lewym górnym rogu Polski zginęło, a tu nadal nie można ukryć szczęścia, że w końcu mówi się o czymś innym niż o konfliktach pana Tuska z panem Kaczyńskim, że nie trzeba nawiązywać do kontrowersyjnych wypowiedzi pana Palikota, że mamy coś bliżej niż jakąś tam Abruzję daleko we Włoszech. Nie trzeba też odmieniać skrótów i skrótowców - IPN, CBA, PZU, LKW. Jest radość! W końcu coś prawdziwie ludzkiego - jakaś rozpacz, jakiś ból, jakieś zastępy terapeutów udające się na miejsce tragedii. I to jeszcze w poniedziałek wielkanocny. Ostatni raz coś tak wspaniałego spotkało media czternaście lat temu, kiedy wybuchł gaz w wieżowcu w Gdańsku.
Nie trzeba prowadzić audycji przy zabrudzonym stole w garniturze. Można się ubrać w kurtkę i koszulkę polo, a za plecami może być pogorzelisko. Doskonały efekt. A konkurencja stanie zapewne w garniturku na tle wielkiego ekranu ze ścianą. Żeby jeszcze ktoś z mieszkańców tego Kamienia zgodził się sprzedać nagrany komórką film z samego pożaru. Żeby byli ludzie wyskakujący z okien swych mieszkań i najlepiej, żeby ubrania na nich płonęły. Byłoby doskonale.
Można fantastycznie drążyć temat. Dlaczego wóz strażacki przybył po trzech minutach, mimo że do remizy było ledwie 200 metrów? Dlaczego strażak najpierw zabrał rower z przejścia, a potem dopiero poszedł po ludzi? Dlaczego nie słuchał świadków tragedii, którzy mówili, gdzie są ludzie, tylko zwyczajnie robił swoje? Co robił nadzór budowlany? Dlaczego brakowało gaśnic? Gdzie były klucze do wyjścia ewakuacyjnego? Dlaczego najpierw płonął korytarz, a potem dopiero pokoje? Czy burmistrz wiedział o stanie budynku? Ileż wspaniałych pytań możemy zadać, ludzie będą nas oglądać, bo ludzie lubią na to patrzeć, bo to wszystko takie autentyczne, człowiek lubi patrzeć na nieszczęścia innych i cieszyć się, że jego to nie spotkało. Żeby jeszcze można było ukryć, że z niecierpliwością czekamy, aż jakiś sztab kryzysowy poda, że ofiar jest więcej...
Ramówkę przystosuje się do żałoby narodowej. Znajdą się poważniejsze filmy, spokojniejsza muzyka, poczerni się logo stacji. Człowiek ma naturalną potrzebę smutku, tak od czasu do czasu. Nie można go stale faszerować sitcomami, idiotele (na szczęście nie trzeba rezygnować z tak lubianych przez tłum telenowel). Szkoda tylko, że to aż trzy dni. Ostatnio tyle tych żałób było - ludzie mają prawo być nimi znudzeni.
PS
Urażonych nie przepraszam i nie przeproszę. Nieurażonych też. Dedykuję im za to tę piosenkę. Bo mi się tak kojarzy.
sobota, 20 marca 2010
Licznik odwiedzin: 50141
| « kwiecień » | ||||||
| pn | wt | śr | cz | pt | sb | nd |
|---|---|---|---|---|---|---|
| 01 | 02 | 03 | 04 | 05 | ||
| 06 | 07 | 08 | 09 | 10 | 11 | 12 |
| 13 | 14 | 15 | 16 | 17 | 18 | 19 |
| 20 | 21 | 22 | 23 | 24 | 25 | 26 |
| 27 | 28 | 29 | 30 | |||

Tomasz Majewski
Urodzony w roku zasłużonym
dla polskiej piłki nożnej,
w roku, o którym śpiewają
The Connells (o następnym
też śpiewają),
w pierwszej stolicy Polski.
Nauczyciel języka polskiego
z Unisławia,
ceniący lapidarne opisy.
Miłośnik gór i nizin, dobrej kuchni, dobrej literatury, dobrego filmu, dobrego teatru (także amatorskiego), dobrej muzyki i wszystkiego, co dobre, a szczególnie wszystkich, co dobrzy.
Mógłbym dużo o sobie pisać.
I naprawdę dużo dobrego. Moi znajomi wszystko by potwierdzili. Ale ci sami znajomi mówią też, że najbardziej cenią mnie za wrodzoną skromność. Zatem w informacji
o mnie nie będzie za dużo o moich zaletach.
Poza tym.
Jeest raadość!
Musi być klimat!
Kontakt:
t.majewski.prv.pl@wp.pl
GG 7792030
O wartości wartości i o tym, co jest naprawdę warte tego, aby było warte. Warto o tym pisać. Nawet jeśli wydaje się to być pisaniem o niczym.
Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie: