
Źle się odpoczywa, kiedy chce się biegać. Nawet jeżeli odległości pokonywane dzięki nieco intensywniejszej pracy kończyn dolnych nie imponują. Bo cóż to jest 7,5 km? Niewiele ponad 40 minut biegu (w pierwsze święto udało się osiągnąć czas 42 minut i 9 sekund). Chciałbym zaś biegać piętnastki i dwudziestki. Niestety, lewe kolano nie pozwala na więcej, a wręcz domaga się zamówienia glukozaminy. Zamówię w przyszłym miesiącu. Chyba że jakimś cudem znajdę się w aptece albo w sklepie z odżywkami jeszcze w tym miesiącu.
W kuchni sukces. Sernik się udał - wysoki, puszysty, smakowity. Rodzina zachwycona, bo z trudem udało mi się zachować choćby kawałek dla siebie na dziś po treningu. Przepis zamieszczam poniżej. Nie wiem tylko, z jakiego źródła pochodzi. Po prostu otrzymałem go mailem jako SERNIK BABCI MARYSI - nie pamiętam kiedy, nie pamiętam od kogo, nie pamiętam jakim cudem. Tak po prostu. I jest radość! Jeżeli kiedyś dane będzie mi się spotkać z którymś z zaprzyjaźnionych blogowiczów, to na spotkanie zabiorę ten właśnie sernik. A może i szarlotkę? I ciasto gruszkowe?
SERNIK BABCI MARYSI
Ciasto:
0,5 kg mąki krupczatki - wymieszać z proszkiem do pieczenia
1 kostka margaryny
1 szklanka cukru
2 łyżki kakao
2 łyżki kwaśnej śmietany
Masa serowa:
2 kg twarogu półtłustego (zmielić trzykrotnie)
mały kubek śmietanki
rodzynki - wedle uznania
8 jajek (oddzielić białka od żółtek)
2 szklanki cukru pudru
2 łyżeczki mąki ziemniaczanej - można zamiennie dać 3 łyżki kaszki manny
1 kostka masła - może być roślinne
1 cytryna - sparzyć, obetrzeć skórkę, wycisnąć sok
Z podanych składników zagnieść ciasto, schłodzić. Masło utrzeć na biało, dodać żółtka ubite z cukrem, potem po trochu ser, na koniec kartoflankę, skórkę i sok z cytryny oraz pianę z białek. Masę wyłożyć na ciasto rozwałkowane w formie do placków, piec ponad godzinę w 190°C.
To ciasto to dla mnie punkt honoru. Wszystkie inne potrawy przygotowane przeze mnie mogą się nie udać, mogą być przesolone, przesłodzone albo za przeproszeniem przepieprzone. Sernik musi się udać. Ze względu na mojego Teścia, który zawsze na święta przygotowywał znakomite serniki. A od półtorej roku to nie takie delicje On już jada... Myślę jednak, że tym sernikiem to naprawdę by się zachwycił. I skromnością najmłodszego zięcia pewnie też.
Słodziutka jest ta piosenka. Zwłaszcza na szóstym kilometrze, kiedy ma się ochotę przyśpieszyć, a lewa noga mówi nie, przecząc prawej. A jeszcze bardziej słodziutka jest ta piosenka wtedy, gdy nie ma się pomysłu na ciekawsze niż zapowiedź noworocznych postanowień na bloogu zakończenie wyjątkowo słabo olinkowanego wpisu.

Kolejne urodziny. Jak co roku absolutnie wyjątkowe. W tym roku przygotowania zaczęli jeszcze przed dniem zadusznym (pierwsze opakowania czekoladek z choinką pojawiły się pod koniec października). Na te urodziny w zakładach pracy rozdają bony zakupowe, dokładają sto złotych do pensji, organizują spotkania wigilijne z łamaniem opłatka i innymi atrakcjami. W salach szkolnych stawiają choinki, zakładają lampki, przeprowadzają konkursy, w tygodniu przed świętami nauczyciele nie pytają i nie przeprowadzają klasówek (chociaż podobno są wyjątki), a dzieci kupują sobie prezenty nie droższe niż za 10 złotych (w bogatszych klasach nawet do 50).
Jedyne w swoim rodzaju urodziny. Ulice tak rozświetlone, domy przyozdobione lampkami, sklepy udekorowane w choinki, bombki i lampki. Większe sklepy na te urodziny obniżają ceny, na półkach mają więcej towaru, proponują dodatkowe prezenty. Po sklepach chodzą przebrani studenci, rozdając cukierki dzieciom i ulotki dorosłym. Banki proponują specjalne kredyty na zakup prezentów. Wydawcy gazet rozdają płyty z piosenkami (w różnych aranżacjach), które są śpiewane przede wszystkim w tym dniu (w kościołach nieco dłużej). Do tego wszystkiego jeszcze specjalny program telewizyjny, aby rodziny mogły razem spędzić więcej czasu podczas tych urodzin.
Te urodziny naprawdę są niepowtarzalne. W domu wysprzątane, że aż się błyszczy. Choinka w każdym pokoju, wszyscy eleganccy, wszyscy dla siebie mili. Podzielą się z rodziną opłatkiem (robią to tylko raz w roku), będą się wzruszać, nie będą śpieszyć (co z tego, że wszystko stygnie). I wszyscy pojednają się z sobą, przeproszą się. Będzie tak dobrze pomiędzy członkami rodziny. Żeby to jeszcze były białe święta. To znaczy, żeby śniegu napadało...
Nikomu innemu nie wyprawiają takich urodzin. Nawet urodzinowa uczta ma inną nazwę. To wieczerza wigilijna. Na stole znajduje się dwanaście dań i to takich, których nie ma tam przez cały rok. Tylko w ten jeden cudowny dzień tych urodzin. Jest karp, są pierogi z kapustą i grzybami, sałatki rybne, kutia, groch z kapustą, barszcz z uszkami, pierniki, chleb w kształcie choinki, kluski z makiem... Aż trudno o czymś nie zapomnieć. I nie ma alkoholu (ksiądz proboszcz tak bardzo apelował w ostatnią niedzielę). Najlepsze zaś jest to, że nigdy nie zapominają o włożeniu garści sianka pod obrus i o dodatkowym talerzu dla zabłąkanego wędrowca. Na środku stołu stawiają świecę Caritasu.
Wszystko pyszne. Potem, jak to w czas urodzin, prezenty. Pod choinką. W zasadzie to te urodziny powinny być obchodzone we wrześniu, ale przecież nie zgoda z prawdą historyczną jest najważniejsza. Prezenty! Wszyscy wszystkim. Nowy telewizor, odtwarzacz dvd, laptop, pralka, remont kuchni. Dla dzieci zabawki - gry, samochody, lale. Jest radość, dzieci? Tak, wujek, jest radość!
A potem tradycji musi stać się zadość! W te urodziny pójdą na mszę świętą. Specjalną mszę świętą o północy. Mszę w intencji solenizanta. Przecież muszą spalić kalorie z wieczerzy wigilijnej.

Po raz kolejny mój wpis będzie odpowiedzią na komentarze do jednego z wpisów wcześniejszych. A co tam! Temat poważny i ciekawy, komentarze jeszcze poważniejsze i jeszcze ciekawsze. Cóż zatem przeszkadza w podtrzymywaniu znakomitego kontaktu ze swoimi czytelnikami? Nic nie przeszkadza. I bardzo dobrze, że nie przeszkadza. Nie będę nadużywał dziś słowa przeszkadza, aby nie urazić tego pana, który może jeszcze pomyśleć, że słowo przeszkadza jest jakąś aluzją do jego decyzji, wpisze mnie na swoją krótką listę i znów będę musiał go przepraszać. Przepraszam, już nie będę przeszkadzał.
Pani Pino, ukrywająca się nickiem wieszktoJonaszu, bardzo się cieszę z tego, że zgadzamy się do pierwszorzędnej wartości ludzkiego życia, do tego, że to ono jest najważniejsze, że nie ma większej niż ono wartości. Cieszę się też, że akurat Pani to napisała, bo przecież wie Pani, co to strach przed bólem i śmiercią. Czy lubi Pani pana Cogito? On chyba lubi swoją przepaść. Ja też lubię moją przepaść. A czy Pani lubi swoją przepaść?
Panie Art, nie wiem, czy panią Eluanę już zagłodzili. Nadal jednak nie mam pewności, czy to zagłodzenie nie będzie dla niej lepsze od życia w stanie wegetatywnym. A jeżeli o mnie chodzi, to już mnie nie szczypie i nie przeklinam sykając. Za to dokucza mi nieco lewe kolano i pan doktor polecił mi odpocząć nieco od biegów. Okrutnie trudno się odpoczywa.
Pani Kasiu, gratuluję komentarza numer 500! Jest radość! I niech tak pozostanie, że są na tym świecie rzeczy i wydarzenia, których nikt nie przewidzi - żaden anglista, polonista, filozof, teolog i biskup (choćby nie wiem jak wierzący). Niech żyją kontrowersyjni! W tym akapicie brakuje spójności!
Panie Barnabo, bardzo miłe memu sercu jest obdarzanie mnie przez Pana szacunkiem oraz pochwała mego niezdecydowania. Nie wydaje mi się ono czymś moralnie nagannym ani czyms takim, co kryje się pod (za) tymi podkreślonymi słowami. Dlaczego? Odpowiedź jeszcze w tym wpisie. Tuszę również, że żadne bóle korzonkowe już Panu nie dokuczają.
Panie Jerome, krótko i jakże celnie napisał Pan, że nie zajmując stanowiska, poszedłem na łatwiznę. Wydawało mi się, że jestem tak kapitalnie mądrze niezdecydowany, że moja pokora aż lśni, a tu... Po stokroć Panu dziękuję, że zasiał Pan we mnie tak kapitalnie mądry niepokój.
Pani Uliszko, ktoś mądrzejszy od nas napisał kiedyś, że tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono (nie był to ani pan Herbert, ani pan ksiądz Twardowski, jak to czasem mówią w mediach). I bardzo dobrze, bo jeżeli byłoby inaczej, to wojny ludzi z ludźmi byłyby wojnami Bogów Wszechmocnych z Bogami Wszechmogącymi. I to wojnami na amen.
Pani Olu, trudno mi cokolwiek dziś napisać o Panu Bogu. Tym, co najbardziej mi w Nim imponuje i wkurza jednocześnie jest jego niezdefiniowalność. I niech tak pozostanie na amen. Poza tym podoba mi się to, co Pani napisała o tym, co może czekać tam, po drugiej stronie. Czy tam jest lepiej? Czy tam jest o nieco lepiej? Czy tu, na ziemi, jest o niebo lepiej, jak śpiewa w refrenie pan Szcześniak? Napisała też Pani, że powstało wiele autobiografii pisanych cierpieniem, które nie przeszkodziło im stać się arcydziełami. Nigdy nie zapomnę lektury Opowieści dla przyjaciela pani Poświatowskiej. Nie zapomnę, mimo iż (być może) nie zrozumiałem zeń jednej trzeciej z racji bycia niekobietą.
Panie Vojtku, cieszę się, że udało się Panu spotkanie klasowe i że jeszcze niejeden napój izotoniczny w cudzysłowie będę mógł za Pana zdrowie wypić. A ci płaczący na wschodniej granicy, których pokazała telewizja... Pisze Pan, że w Warszawie nie są przedmiotem zainteresowania. Mnie natomiast interesuje coś innego. Ilu Polaków (takich samych Polaków jak ci ze wschodu naszego kraju, jak Pan, jak ja) przełączyło swoje odbiorniki na jakieś bardziej autentyczne ludzkie dramaty i tragedie? Na M jak miłość, Na Wspólnej ? A powinno być Przy Wspólnej.
Panie Niewierzący (intuicja podpowiada mi, że jest Pan moim imiennikiem), cieszę się, że mogę Pana powitać w gronie stałych komentatorów. Postaram się przemyśleć Pańskie sugestie dotyczące wyglądu blooga, ale dziś nie o tym. Użył Pan sformułowania bohater tragiczny. Uważam także, że opisywanego przez Pana sędziego ze stanu Floryda można tak nazwać. Z jednej strony dobro w postaci ulżenia cierpiącym, z drugiej zaś strony dobro w postaci ludzkiego życia. Wybór każdego z tych dóbr jest wyborem złym. A czy brak wyboru nie byłby przypadkiem naśladowaniem pana Piłata?
Panie Kapitanie Wieniu Morski, ja też nie wiem, kiedy rozpoczyna się terapia uporczywa, bo tego pewnie nawet lekarze nie wiedzą. I nie wiedzą też pewnie, jak stosuje się tu zasada primum non nocere. Może będą korzystać z podpowiedzi, jaką zostawił największy z Polaków?
Pani Karolino P., pozdrowienia panu Majewskiemu przekazałem. Nie będę ukrywał, że bardzo się z nich ucieszył. Jeszcze bardziej ucieszył się z komentarza - obszernego, z trafną argumentacją, zróżnicowanego pod względem składni i stwierdził, że nauczyciel uczący Panią języka polskiego musi być z Pani dumny (mimo oszczędnego stosowania klawiszy shift i alt). Pozwolę sobie odpowiedzieć na drugie z pytań przez Panią postawionych. Czy tacy ludzie są już tak zniechęceni widokiem chorego, któremu trzeba codziennie zmienić koszulę, nakarmić go i uczesać? Ci ludzie mogą być zniechęceni, mogą być nieszczęśliwi, mogą nawet życzyć śmierci osobie, którą wciąż muszą się opiekować i która nawet nie podziękuje. I moim zdaniem nie są bezduszni. Bo kiedy wyczekiwana od dawna pani kostucha w końcu przyjdzie, w końcu zabierze tego, do kogo tak długo szła (jakby nie mogła iść, cholera jedna, nieco szybciej), to im zniechęcenie, zmęczenie, nieszczęśliwość nie przejdzie. A mogą dojść do tego wyrzuty sumienia. Wiem, co mówię. A rozmawiać trzeba, trzeba, trzeba. Myślę, że Pani wychowawca to rozumie i nigdy o tym nie zapomni (mimo że jak każdy egocentryk charakter ma naprawdę trudny).
Pani Iwono, to, że rodzice w tak skrajnych sytuacjach nie mają nic do powiedzenia, budzi i mój sprzeciw. Ale z tym nic nie zrobimy. A bezsilność? Wiem, że w każdym przypadku nic tak nie boli jak bezsilność właśnie. A mnie bezsilność boli bardziej niż porażka. A jak boli bezsilność w obliczu śmierci! Ale chyba jeszcze bardziej boli w obliczu umierania.
Panie Wibo, zgadzam się z Panem, że człowiek nie może wyręczać pani śmierci. Zbyt cieniutcy na to jesteśmy - dodam, wyrażając skruchę z powodu nieudolnie użytego kolokwializmu. A Pańska fraszka? Jakże znakomita! A Niebylec? Jakże piękny!
Panie Logosie Amicusie, ideologowie i fanatycy to ci, którzy zawsze wiedzą na pewno (słowa pana Barnaby) i wiedzą, że zawsze wiedzą i że nie ma takiej opcji, by czegoś nie wiedzieli. Sokratesa ukatrupiliby w każdej z epok. Nie lubię takich postaw i nie chodzi mi tylko o katrupienie znakomitych filozofów. Zastanawiam się tylko, czy pozostawienie eutanazji (samobójstwa) w rękach ludzi, których to najbardziej dotyczy, nie jest cichym przyzwoleniem na zabijanie. Siebie, ale zabijanie.
Pani Misiu4, cieszę się, że najprawdopodobniej nie dożyję czasów, gdy w świetle prawa będzie można życzyć smacznego, podając mleczko wybawcze. Mam też nadzieję, że jakieś sukinsyny nie zrobią z tego reality show. Bo jacyś ludzie już film dokumentalny zrobili...
Panie Doniu, z tą łatwizną to pan Jerome nie trafił jak dzik w sosnę, ale trafił w samo sedno. I nawet jeżeli tylko podpuszczał, to podpuszczał po mistrzowsku.
To chyba najdłuższy wpis w historii mojego blooga. Ale, uwierzcie mi, moi najukochańsi Czytelnicy, nie można było tak po prostu nie skomentować Waszych wspaniałych komentarzy. Komentarze, które - powtórzę to po raz kolejny - pozwalają mi wierzyć, że mój bloog, moje mówienie do świata, jest słyszane. Że jest potrzebne.
A wkrótce Gwiazdka. Cholernie jej nie lubię.
Od piątku, piątego grudnia, w końcu jestem nauczycielem dyplomowanym. No w końcu jestem. I w końcu jest radość. A jeszcze większa radość będzie na początku stycznia, kiedy zobaczę, że za tę samą pracę, którą wykonywałem kilka miesięcy wcześniej, otrzymam kilkaset złotych więcej. Moja mamusia pytała mnie, jak było. Odpowiedziałem: "Mamuś, abyśmy tylko zdrowi byli". Może kiedyś opiszę, jak to dochodzi się do stopnia nauczyciela dyplomowanego. Albo i nie napiszę, bo mi się nie będzie chciał. A może jednak napiszę, bo będę chciał wielkodusznie doradzić młodszym koleżankom i kolegom po fachu, jak się przechodzi przez tę ______________ (tu wstaw przydawkę) procedurę.
Od soboty, szóstego grudnia, jestem półmaratonczykiem. No jestem. I jest radość! Pokonałem swój pierwszy półmaraton (połowa z 42 kilometrów i 195 metrów). Czas nie był oszałamiający (patrz tytuł), ale i tak lepszy od ustalonego przeze mnie minimum przyzwoitości o prawie sześć minut. Miejsce - 896, ale zapewne wkrótce zrobi się dziewięćset któreś, bo wciąz napływają prostesty z powodu problemów z chipami. Biegło się dobrze; najlepiej pomiędzy dziesiątym a czternastym kilometrem. I udało się nawet przyśpieszyć na finiszu. Najważniejsze jest jednak to, że wystartowałem w Drużynie Szpiku, najlepszej drużynie biegowej pod Słońcem, że mogłem - biegając - zająć stanowisko w sprawie, która leży mi na sercu. W sprawie transplantologii. Zresztą o tym na pewno napiszę. I na pewno będzie mi się chciało o tym napisać.
W Drużynie Szpiku biegło 90 osób (a startowało ponad 1000!). Na zdjęciu (autorstwa pana Marcina Górskiego) niestety wszystkich nie ma. A szkoda! A tak duma mnie rozpierała, że tę czerwoną koszulkę, oczywiście po upraniu, ubrałem w poniedziałek pod marynarkę. Duma z członkostwa we wspaniałej Drużynie, o której naprawdę warto poczytać (link w poprzednim akapicie), do której naprawdę warto się przyłączyć. Pani Doroto, z dwunastką na jednym, a jedenastką na drugim kolanie, Szefowo Drużyny, dziękuję!
Chciałem też podziękować pani Majewskiej za to, z jaką anielską cierpliwością toleruje moje godziny, półtorej, dwie na treningach, moje przelewy na opłaty startowe, moje nieustanne monologi o planach treningowych i zamiarach startowych... Nie wiem, czy od lipca (tak, tak, życie jest piękne) nie będę biegał nieco mniej. Chyba, że uda mi się uzbierać (już to widzę) na takie cacko.
Dziękuję też panu doktorowi Zbigniewowi Maniszewskiemu, kierownikowi naszej unisławskiej przychodni. Za to, że podtrzymuje we mnie pasję biegania, za częste o bieganiu nasze rozmowy, za dzielenie się w nich swoimi doświadczeniami (około 30 ukończonych maratonów), za miejsce w samochodzie, za towarzyszenie na pierwszych trzech kilometrach. Na poniższym zdjęciu uchwycono nas tuż po przekroczeniu linii startu. Dla ułatwienia dodam, że ja to ten pan z numerem 313, a pan doktor to ten pan z numerem 220 po mojej prawej stronie (numer jest niewidoczny). Dobrze, domalowuję strzałkę. Żółtą strzałkę.
Dziękuję także mojej koleżance z pracy, pani Emilii, którą spotkałem na Rynku Staromiejskim w Toruniu i która poratowała mnie swoimi rękawiczkami. Bo moje zgubiłem. Dzięki temu mogłem bez odmrożenia rąk dobiec do mety i otrzymać taki medal, którym tutaj chwali się najmłodszy z panów Majewskich.
Dziękuję też pani Dionne Warwick. Jej prześliczna piosenka, pomimo swej niewątpliwie rozstaniowo-łzawej muzyczno-literackiej tonacji (dziękuję pani Kasi za przetłumaczenie słów)pomagała mi w początkach biegu mego nie szaleć, a nucona w niedzielę, siódmego grudnia i później, przypominała mi o radości biegania wśród tysiąca dwustu uczestników.
PS
Następny wpis będzie odpowiedzią na komentarze do wpisu zatytułowanego W imię miłości. A potem napiszę o świętach. W stylu pana Ebenezera Scrooge'a.
sobota, 20 marca 2010
Licznik odwiedzin: 50122
| « grudzień » | ||||||
| pn | wt | śr | cz | pt | sb | nd |
|---|---|---|---|---|---|---|
| 01 | 02 | 03 | 04 | 05 | 06 | 07 |
| 08 | 09 | 10 | 11 | 12 | 13 | 14 |
| 15 | 16 | 17 | 18 | 19 | 20 | 21 |
| 22 | 23 | 24 | 25 | 26 | 27 | 28 |
| 29 | 30 | 31 | ||||

Tomasz Majewski
Urodzony w roku zasłużonym
dla polskiej piłki nożnej,
w roku, o którym śpiewają
The Connells (o następnym
też śpiewają),
w pierwszej stolicy Polski.
Nauczyciel języka polskiego
z Unisławia,
ceniący lapidarne opisy.
Miłośnik gór i nizin, dobrej kuchni, dobrej literatury, dobrego filmu, dobrego teatru (także amatorskiego), dobrej muzyki i wszystkiego, co dobre, a szczególnie wszystkich, co dobrzy.
Mógłbym dużo o sobie pisać.
I naprawdę dużo dobrego. Moi znajomi wszystko by potwierdzili. Ale ci sami znajomi mówią też, że najbardziej cenią mnie za wrodzoną skromność. Zatem w informacji
o mnie nie będzie za dużo o moich zaletach.
Poza tym.
Jeest raadość!
Musi być klimat!
Kontakt:
t.majewski.prv.pl@wp.pl
GG 7792030
O wartości wartości i o tym, co jest naprawdę warte tego, aby było warte. Warto o tym pisać. Nawet jeśli wydaje się to być pisaniem o niczym.
Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie: