To, co mi się najbardziej podoba w zimowym bieganiu, to wcale nie to, że jest tak biało, że na tej białej nawierzchni nogi inaczej pracują, że się tak miło oddycha tym zimnym powietrzem i tak się szybko po treningu regeneruje.
Najlepsze jest to, że nie ma potrzeby kombinować z interwałami i takimi tam innymi ustrojstwami utrudnieniami. Wychodzę i biegnę - nie za szybko, nie za wolno - kilkanaście kilometrów. Wychodzę rano, kiedy rodzinka smacznie śpi, wracam, kiedy pomaleńku się budzą i można zaskoczyć śniadankiem. Wychodzę też z założenia, że poranne bieganie jest lepsze, ponieważ trening popołudniowy to czas wykradziony dzieciom i żonie. Mimo że wieczorem zasypiam razem z dziećmi. Na takim treningu słucham sobie albo radia, albo spokojnej muzyki, a jak bateria sobie zdechnie, to słucham ciszy albo przypominam sobie jedną z piosenek pana Kofty, tę, w której śpiewa w obronie ciszy. Może ktoś będzie łaskaw przypomnieć mi tytuł tego songu o ciszy?
Rozpoczęły się ferie. Teoretycznie laba. Czas, w którym mogę bardziej wrócić do domu i chuchać dmuchać w ognisko domowe.
Praktycznie zaś wygląda to tak, że do środy muszę porozprawiać się ze szkolną papierologią, a we wtorek jechać do miasta powiatowego z papierologią nieszkolną. W niedzielę zaś wyruszam do Pobiedzisk, aby w poniedziałek rano z grupą z tego prześlicznego wielkopolskiego miasteczka wyruszyć w góry. Do miejsca, w którym z okna domu widać caluteńkie Tatry. Do miejsca, w którym byłem już w sierpniu. Do Gliczarowa Górnego.
Jeżeli tylko obowiązki kierownika zimowiska mi na to pozwolą, będę tam miał taki mały obóz treningowy. Pan Szwecu Pan Paweł już siedzi nad programem i myśli, jak sprawić, by kilometry przebiegnięte przeze mnie w górach jak najlepiej przełożyły się na wyniki wiosną i na formę przez cały rok. Abym po każdych zawodach mógł mu powiedzieć, że jest radość.
Jestem już po studniówce. Trudno mi było wprawdzie tańczyć, bo i za bardzo nie lubię wykonywać tej czynności, a i córeczce przypałętało się zapalenie ucha środkowego i myślami nie zawsze byłem na sali, ale za to jakże mi było miło patrzeć na to, jak moja klasa wspaniale się bawi. Zachwycałem się urodą i elegancją moich dziesięciu pań i elegancją moich dwóch panów. Wszyscy byli tak wspaniale odświętni i odświętnie wspaniali (na co dzień też są wspaniali, choć czasem trudno mi im w to uwierzyć). Byłem szczęśliwy, patrząc na ich roześmiane twarze. I jeszcze przepraszam Was, moi kochani, że tak mało tańczyłem. To nie tak, że nie chciałem. Ja naprawdę nie jestem panem Eddym Grantem.
Przejąłem rządy w kuchni. Do przyszłej niedzieli. Plany nie są zbyt ambitne. Dziś za to było całkiem nieźle, bo i niezła babka pojawiła się w kuchni. I nawet spodobała się pani Majewskiej, młodszemu panu Majewskiemu oraz (sic!) pani Felicji, mojej teściowej. Pannie Gabrieli dopiero może się spodobać przy karmieniu. Co to za babka, że podoba się i babkom, i żonom, i synom (jakżeby inaczej)? To babka ziemniaczana.
Zmieliłem ziemniaki ugotowane w mundurkach (oczywiście po ich obraniu), dodałem starte i odciśnięte surowe ziemniaki (oczywiście po ich obraniu), sól, cząber, wytopione skwareczki z wędzonego boczku, przesmażone końcówki kiełbas zwyczajnych, toruńskich, śląskich, jałowcowych i cebulkę usmażoną na tłuszczu z tych mięs i wędlin wytopionym. To wszystko wyrobiłem na jednolitą masę i uklepałem w formie do ciast - największej, aby babka zbyt wysoka nie była. Formę oczywiście wysmarowałem wcześniej tłuszczem i tartą bułką. Całość wsadziłem do nagrzanego piekarnika i trzymałem tam przez około godzinę. Podałem z solniczką, bo dałem za mało soli do ciasta. Sobie wziąłem keczup z piekła rodem. Popijałem piwem.
Jutro na treningu nie będzie po babce śladu. Planuję 28 kilometrów, ale jeżeli będzie tak wiało, jak zapowiadają, to i z 20 będę zadowolony. Mniej niż 20? Nie chciałbym... Pan Szwecu Pan Paweł powtarza (tylko nieco dosadniej), że zimą trzeba narypać kilometrów. Jutro na pewno coś dołożę do 150 kilometrów nabieganych w styczniu i 400000 metrów biegowych od 1 grudnia. Mimo że za tańcem nie przepadam.
Myślę, iż pan Randdal nie będzie się na mnie gniewał. Korzystam w jakiś sposób z jego pomysłu, nie wklejam jego zdjęć, tylko swoje, w dodatku lansuję samego siebie li i jedynie. Brzydko. Ale pan Randdal na pewno ma dobre serduszko i my wybaczy. Bo przecież nie działam na jego szkodę... W dodatku tę formę dzisiejszy wpis zawdzięcza mojemu zafrasowaniu zagonieniu i zapracowaniu. Po prostu brak mi czasu na pisanie dłuższych tekstów. Krótszych zresztą też. A swój głos w plebiscycie Przeglądu Sportowego oddałem na panią Julię i panią Magdalenę.
Styczeń 2009
To był miesiąc graniczącego z pewnością przeczucia bardzo dobrego roku. Zwłaszcza jeśli chodzi o dzieci i o podwojenie ich ilości w naszej rodzinie. Takie miłe i takie śliczne podwojenie. Tak wspaniale, tak szczęśliwie, tak dobrze.
Luty 2009
To nie jest kadr z filmu o mitologii, w którym piszący te słowa występował jako pan Bachus. To zdjęcie z ubiegłorocznej studniówki. w przyszłym tygodniu kolejna studniówka, tym razem z klasą, której jestem wychowawcą. Tak, jestem facetem z klasą. I kto to wymyślił, że studniówkę ma się raz w życiu?
Marzec 2009
Udało się dwukrotnie pobić życiówkę w półmaratonie, popełnić kilka durnych oraz kilka mądrych wpisów. Udało też się bardzo ładnie uczcić trzydzieste piąte urodziny. A tak się wyglądało trzydzieści cztery lata temu.
Kwiecień 2009
Zadebiutowałem jako dziennikarz obywatelski. Był to też czas, kiedy moje wpisy opatrzone zostały - nie wiem, czy słusznie - bardzo dużą ilością komentarzy. Ech, ta wiosna...
Maj 2009
Matura. Największe kontrowersje wokół języka polskiego. W kraju, w którym przeciętny obywatel czyta mniej niż jedną książkę. A to, że średnia ta nie jest jeszcze bardziej przerażająco niska to zasługa takich obywateli jak wspominany już dzisiaj pan Randdal i wspominany już nieraz pan Barnaba i jak wielu ciągle wspominanych umiłowanych Czytelników. I jak ojciec prowadzący tego blooga, który, jak już często wspominałem, za najważniejszą swoją zaletę uważa skromność. Dla nas wszystkich piosenka pana Sinatry w wykonaniu pana Williamsa ze słowem maj w tytule i w refrenie.
Czerwiec 2009
Miesiąc spod znaku królowej sportu. Wiele gwiazd spotkał bardzo fotograficzny zaszczyt. Ja zostałem maratończykiem, z góry patrzyły te pełne ciepła, kochane brązowe oczy mojego Teścia, mi było ciepło pod powiekami, mimo że jeszcze cztery kilometry wcześniej z ust szedł ogień przekleństw tak okrutny, że nawet zaprawiony w bojach diabeł zatkałby uszy woskiem z paschału. I pełną gębą można było wołać, że jest radość. 
Lipiec 2009
W trzecim dniu siódmego miesiąca dziewiątego roku trzeciego tysiąclecia spełniło się wymarzone od dawna marzenie piszącego te słowa... Co tu dużo gadać. Oto najmłodsza z pań Majewskich - Gabriela Małgorzata. Wspaniała dziewczyna.
Sierpień 2009
Góry, góry i góry. I te treningi dwa razy dziennie, jeżeli tylko obowiązki pozwalały lub nie przeszkadzały. Moc zdobyta w górach, po których tak radośnie mi się biegało, nie została wykorzystana we wrześniu podczas pilskiego półmaratonu. Do rekordu życiowego zabrakło wówczas 13 sekund.
Wrzesień 2009
Chrzciny córeczki. Kapitalne słowa pana księdza Krzysztofa (na zdjęciu dzielnie dzierży mikrofon w potężnej swej dłoni) podczas nauk przedchrzcielnych, podczas homilii i po uroczystości. I - najważniejsze - bezpieczeństwo dziecka. 
Październik 2009
Przebiegłem wtedy swój drugi maraton. Dwa miesiące później paru biegaczy wytłumaczyło mi, dlaczego maraton poznański tak mnie bolał i tak mi nie poszedł. Drugi maraton najczęściej boli i najczęściej nie idzie. Pan Andrzej i pan Daniel najbardziej mówili, że drugi najbardziej nie idzie. Pan Daniel chyba najbardziej mówił, że nie idzie. Żeby nie start w barwach najlepszej drużyny biegowej na świecie, to to, co nie szło, bolałoby jeszcze bardziej niż najbardziej. I żeby nie to, że maraton ten był dla pani Gosi, mojej Szwagierki...
Listopad 2009
Uśmiech i radość córki. Powaga i duma syna. Mniejsza z bieganiem, mniejsza ze szkołą, mniejsza z żarciem, mniejsza z felietonistyką, angelologią i dalą (pozdrawiam pana Gałczyńskiego), mniejsza z mniejszą.
Grudzień 2009
Kolejny miesiąc rekordów. Ponad 260 kilometrów przebiegniętych w jednym miesiącu. Blisko 11,5 kilometra przy 18 stopniach poniżej zera lub 16 kilometrów przy 12 stopniach poniżej zera - co z tego jest rekordem? Nieistotne. Ważne, że pani Kowalczyk przywiezie z Vancouver kilka medali. 
Jeszcze raz przepraszam pana Randdala. Uśmiecham się do pani Ismeny bardzo (re)prezentacyjnie. Panu Hagenowi życzę pięknej, śnieżno-fotograficznej Lubelszczyzny. Panu Barnabie zwycięstw na pływalni w stolicy i z pływalnią dla stolicy. Idę kąpać córkę.
czwartek, 18 marca 2010
Licznik odwiedzin: 49901
| « styczeń » | ||||||
| pn | wt | śr | cz | pt | sb | nd |
|---|---|---|---|---|---|---|
| 01 | 02 | 03 | ||||
| 04 | 05 | 06 | 07 | 08 | 09 | 10 |
| 11 | 12 | 13 | 14 | 15 | 16 | 17 |
| 18 | 19 | 20 | 21 | 22 | 23 | 24 |
| 25 | 26 | 27 | 28 | 29 | 30 | 31 |

Tomasz Majewski
Urodzony w roku zasłużonym
dla polskiej piłki nożnej,
w roku, o którym śpiewają
The Connells (o następnym
też śpiewają),
w pierwszej stolicy Polski.
Nauczyciel języka polskiego
z Unisławia,
ceniący lapidarne opisy.
Miłośnik gór i nizin, dobrej kuchni, dobrej literatury, dobrego filmu, dobrego teatru (także amatorskiego), dobrej muzyki i wszystkiego, co dobre, a szczególnie wszystkich, co dobrzy.
Mógłbym dużo o sobie pisać.
I naprawdę dużo dobrego. Moi znajomi wszystko by potwierdzili. Ale ci sami znajomi mówią też, że najbardziej cenią mnie za wrodzoną skromność. Zatem w informacji
o mnie nie będzie za dużo o moich zaletach.
Poza tym.
Jeest raadość!
Musi być klimat!
Kontakt:
t.majewski.prv.pl@wp.pl
GG 7792030
O wartości wartości i o tym, co jest naprawdę warte tego, aby było warte. Warto o tym pisać. Nawet jeśli wydaje się to być pisaniem o niczym.
Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie: