JEST RADOŚĆ I MUSI BYĆ KLIMAT!

Ku czci

Gwiezdne gwoździe


Przychodzi mężczyzna do lekarza. Lekarz, jak to lekarz, zapytał pacjenta, co mu dolega. Pacjent odpowiada:
- Boli strasznie. O, tu, panie doktorze, w gwieździe.
- Przecież to krzyż.
- A skąd miałem wiedzieć, czy pan doktor jest wierzący.

Tak. Wiem. To nie był śmieszny dowcip. Mógł nawet wywołać pobłażliwe uśmiechy politowania wobec delikwenta cytującego takie dowcipy na bloogu. Dowcip jednak ma swój klimat (a to przecież w dowcipie jest, jakżeby inaczej, najistotniejsze), a poza tym można w nim się dopatrzeć wielu ukrytych znaczeń.

Pierwsza myśl, która pojawiła się w mojej głowie po usłyszeniu tego dowcipu z lat pięćdziesiątych ubiegłego stulecia, dotyczyła nazywania rzeczy po imieniu. Kręgosłup to kręgosłup (ewentualnie krzyż i to nie tylko dla wierzących), pośladki to pośladki (czasem dupa i to dla każdego, byle nie za często i zawsze z tyłu). Nawet dla gwiazd showbiznesu i typów spod ciemnej gwiazdy nie ma tutaj wyjątków.

Druga myśl dotyczyła słów pana Immanuela Kanta (to nie od jego nazwiska pochodzi wyraz kantowanie), który mówił: Niebo gwiaździste nade mną i prawo moralne we mnie. Być może dla osobnika, który krzyż nazywał gwiazdą, prawo moralne powinno znajdować się w tamtym miejscu, tam, gdzie kończy się kręgosłup. Być może zwyczajnie coś mu się pomyliło. A może i nie. Czy to już jest relatywizm?

Kolejna myśl dotyczyła piosenki. Piosenkę wykonuje czeski bard pan Jaromir Nohavica. Po polsku. Jest on urodzonym pod szczęśliwą gwiazdą cieszynianiniem i ostrawianinem w jednym. I Czechem. Koniec aluzji ortograficznych dotyczących pisowni nazw mieszkańców, zapraszam do zasłuchania się w piosence.





O kolejnych myślach dotyczących dowcipu nie będę już pisał, mimo że mam to już rozpisane na fiszkach. Zasłuchałem się w piosence pana Nohavicy. I przypomniał mi się wieczorny trening, w czasie którego postanowiłem, że pierwszy ukończony przeze mnie maraton zadedykuję mojemu Teściowi. Patrzyłem na niebo, na gwiazdy, o których nie mam pojęcia, na ich porządek, którego nie rozumiem, na to jak są porozstawiane, i zastanawiałem się, z którego to jaśniejącego punkcika patrzą na mnie te kochane, pełne ciepła,  brązowe oczy. Patrzą i chcą mnie zapytać: Dlaczego teraz idziesz, a nie biegniesz? Przecież ten pies na Dworcowej wcale tak długo Cię nie gonił... Wiedziałem też wtedy, że znajdę ciekawy sposób, aby w czasie biegu informować o celu mojego biegu zaaferowaną ludzkość stojącą przy drodze. Ilekroć zaś słyszę, jak pan Nohavica śpiewa o swoim dziadku, to ja myślę o moim Teściu i przypominają mi się chwile, kiedy go żegnaliśmy.

Przypominają mi się także słowa z książki Obsługiwałem angielskiego króla pana Bohumila Hrabala, moim zdaniem najwybitniejszego czeskiego pisarza, pisarza, któremu - tu zgadzam się z panem Pawłem Huelle - jak nikomu innemu należała się literacka nagroda Nobla. Słowa, które pocieszały mnie wtedy, a teraz pozwalają godzić się z porządkiem świata, z tym, że inaczej nie będzie, że to wszystko, co się dzieje, to odchodzenie, to przemijanie, to cholerne umieranie, ma sens. Bo ma.

Na zakończenie, wszyscy razem, odddajmy zatem głos panu Hrabalowi:
 
A niewiarygodne, które stawało się faktem, nie opuściło mnie, wierzyłem w to niewiarygodne, w te zaskakujące niespodzianki, w te osłupienia. To była moja gwiazda, która towarzyszyła memu życiu chyba tylko po to, żeby przekonać się, że ciągle na nią czeka coś zadziwiającego, a ja, wciąż mając przed oczyma odblask tej gwiazdy, wierzyłem w  nią coraz bardziej, (...) a teraz, kiedy zleciałem z niebios na łeb, na szyję, stwierdziłem, że ta moja gwiazda lśni mocniej niż przedtem i że dopiero teraz będę mógł zajrzeć wprost do jej serca, do samego środka, i że to wszystko, co dotychczas przeżyłem, musiało osłabić moje oczy tak, żeby mogły więcej przeżyć i więcej znieść...