JEST RADOŚĆ I MUSI BYĆ KLIMAT!

Ku czci

ZIELONE PRZETRWANIE LESZCZYNY

 

 

Poezja może być śpiewana. Może być także przystępna. Może służyć rozrywce, nie musi się jedynie kojarzyć ze szkołą, gdzie jest omawiana pod przymusem. Może jeszcze wiele. A ja mogę o niej jeszcze wiele banałów napisać.

 

Tylko po co? Czemu miałoby to służyć?

 

Bo chciałbym jedynie pana Młynarskiego swoim pobieżnie-powierzchownym wspomnieniem uczcić. Odtworzyć ze swojej pamięci moje spotkania z jego twórczością. Te szczególnie, które miały na mnie jakiś wpływ szczególny, jakieś znaczenie, którego może czasem rozpoznać jedynie moja intuicja, jedynie coś ulotnego we mnie niczym tupot białych mew, tupot małych mew. Coś kolorowego jak czasownik żyć w trybie rozkazującym i do przodu.

 

Rok 1991, czwarta klasa liceum. Polonistka, nieżyjąca już pani Stanisława Gierulska, podrzuca naszemu niezależnemu zespołowi teatralnemu Agnusowie, zestaw wierszy do wykorzystania podczas akademii z okazji rocznicy odzyskania przez Polskę niepodległości. My do zestawu dokładamy piosenki - zespołu Pink Floyd o tych dzieciach, co nie potrzebują edukacji, o pożarze w domu dla obłąkanych pana Kaczmarskiego, a na koniec tegoż samego Modlitwę o wschodzie słońca. W zestawie od pani Gierulskiej znajdują się dwa wiersze pana Młynarskiego, które decydujemy się recytować. Niemalże na początku słynne, nieśmiertelne, najbardziej  znane, uznane już chyba za frazeologizm, Róbmy swoje (ojciec prowadzący tego bloga mówił zwrotkę o panu Noem i fragment o tym, że trzeba nam będzie jeszcze przetrwać niejedną paranoję). I potem na końcu, utwór z tego zdjęcia. Pomiędzy drugą a trzecią zwrotką Modlitwy, gdy pan Robert, nasz pianista-drugoklasista, nam akompaniuje, a niemówiący śpiewają mmm. O przetrwaniu, o zgodzie, o wytrwałości i niezłomności rozumianej nie jako bycie przeciw komukolwiek. We mnie to zostaje. Żeby siadać do stołu i rozmawiać, tłumaczyć, nie organizować spotkań i rozmów dla fotografowania pustych krzeseł z nazwiskami, mówić dzień dobry z szacunku dla człowieczeństwa, nawet jeżeli człowiek ów swoimi działaniami odebrał sobie szacunek inny niż ten z człowieczeństwa wynikający. 

 

Młynarski i ja 2.jpg

 

Ćwierć wieku później. Jaki to miesiąc, nie pamiętam, a piosenka być może już tutaj była przez mnie cytowana. Dzisiaj jest to nieważne. Podczas urlopu zdrowotnego w ramach biegoterapii, wspólnego z panem Bartkiem biegania przypomina się pieśń o graniu w zielone. O tym, że nie zbrzydła nam chęć życia, że trzeba kleić na strychu połamane skrzydła  - to znaczy, że trzeba je na strychu kleić, a nie że na strychu się połamały. I że jeszcze się pofrunie. Dziś znów jestem szczęśliwy, bo wróciłem do uczenia. Po czterech latach przerwy. I coraz bardziej rozumiem, że bardziej niż uczyć, trzeba uczyć się. Że nie o nauczanie chodzi, a o uczenie się. Z młodzieżą, z sobą, z innymi. O tę wspólność. I może to jest to trwanie, to wspólne szukanie. Temat, do którego trzeba wrócić. Wiecznie zielony, wiecznie możliwy. Że nie jesteśmy sami, nie jesteśmy na skraju rozpaczy.

 

 

 

 

I że w tym marcu odbiliśmy się od tej ściany. Że niczym ta leszczyna, leszczyna, nie dajemy się złamać ani wichurze wyrwać z korzeniami.

 

 

 

 

A poezja pana Młynarskiego zostanie. Przystępna, zrozumiała. Może idzie zorganizować wspólne jej śpiewanie? Jest tyle utworów, które znakomicie brzmiałyby w chóralnym wykonaniu...