JEST RADOŚĆ I MUSI BYĆ KLIMAT!

MUZYKA TEJ GRUDNIOWEJ NOCY

 

Wiem, że należałoby napisać, iż mam dopiero 42 lata i nie zgadzam się z tymi, co nie powinni rządzić, a depczą ludzką godność. Nie dlatego, że coś tam straciłem albo że mam coś wspólnego z minionym ustrojem. I że pan poseł Szczerba był tą kropelką, która przelała czarę goryczy. Tą kropelką, dzięki której polityka się porzygała.

 

I dobrze, że się porzygała. Może się oczyści. Ten ptak już to wie, choć prawdopodobnie nie narobił do gniazda swojego.

 royal-starling-334619_960_720.jpg

Dziś jednak z pana posła Szczerby (jego tatuś podobno był znakomitym bokserem) chciałbym jedynie zaczerpnąć zdanie, które rozsierdziło pana Mareczka na tyle, że w 10 sekund zrobił to, co prostym przewodniczącym rady miasta, gminy, powiatu zajęłoby przynajmniej kilka, jeżeli nie kilkanaście minut. Muzyka łagodzi obyczaje.

 

Pamiętacie, Umiłowani Czytelnicy, moje wpisy, które można by sprzedawać z etykietką Audycje Muzyczne, a których nikt by nie kupił? No, może nikt prócz mnie i mojego syna, w związku z którym państwo polskie złamało zawartą ze mną umowę, a o czym wkrótce nie omieszkam napisać. Poprzednie zdanie, Drogie Dzieci, to anakolut. Słyszałyście o czymś takim?

 

Zacznijmy od Sinfonii Varsovii, o której ani słowa nie zdążył powiedzieć pan Szczerba. I od melodii, która mnie wzrusza w każdym wykonaniu jedynie dlatego, że pamiętam, iż mój Tatuś, gdy tu jeszcze na ziemi przebywał, o panu Kaczorze zawsze mówił Kuraś. I nieważne, że widział go w innym filmie, że dla mnie pan Kaczor był raczej panem Serce, Tatuś zawsze mówił Kuraś, znów Kuraś. I że to był jeden z tych seriali, które zawsze oglądaliśmy w czasach słusznie minionych. Warto także zwrócić uwagę na to, że koncert, którego fragment tu wklejam, to jedna z imprez z okazji objęcia przez Polskę prezydencji Unii Europejskiej. Epokę temu.

 

 

 Innym serialem - tak, serialem, nie tasiemcem - był film pod tytułem Dom. W moim rodzinnym domu chętnie oglądanym, potem od czasu do czasu oglądałem go jako dorosły człowiek i dzięki temu nie oceniam pochopnie czasów minionych, choć uznaję je za słusznie minione. Dzięki panu Talarowi i innym bohaterom filmu można było zobaczyć, zrozumieć i współodczuć, jak bardzo pochrzanione były polskie drogi i losy, że nic nie było tak proste, jak wielu z nas chciałoby to widzieć. I że często to było tak proste, że trudno powiedzieć, dlaczego szukaliśmy w tym pułapek i wymówek. Czy ktoś jeszcze pamięta dobiegające z pokoju z telewizorem Pani Popiołkowa? I to pośpieszne podążanie do tego pokoju?

 

 

Dobę temu, a potem jeszcze rano na FB udostępniłem tę pieśń. Zapytałem autora, pana Leszka Wójtowicza, czy mogę. Pozwolił. Podzieliliśmy się swoim wzruszeniem. Wkleiłem też tę piosenkę w komentarzu pod zdjęciem pana posła Krzysztofa Brejzy, do którego często zwracam się Panie Krzychu. (Młodego posła z mojego województwa, który jest - moim zdaniem - przyszłością polskiej polityki rozumianej po arystotelesowsku. To ten poseł, który udokumentował coś, co mi, byłemu samorządowcowi, byłemu prostemu przewodniczącemu rady gminy wiejskiej siedmiotysięcznej w głowie, na którą trudno kapelusz znaleźć z powodu jej rozmiaru, zmieścić się nie może nawet po upchnięciu kolanami. Że można podpisać listę obecności na obradach organu stanowiącego prawo państwowe po głosowaniu. Po głosowaniu nad ustawą budżetową, najważniejszą z ustawa (zaraz po Konstytucji). Że czynią to osoby najważniejsze w państwie. Że te osoby mogą mieć kworum za granicą zwieraczy.) Ta pieśń jest realizacją biblijnego tak-tak, nie-nie. Wspaniałą poetycką realizacją. Może być hymnem. Panie Leszku, dziękuję, za tę pieśń, którą sprawia, że serce łopocze najwłaściwiej, a oczy ogrzewają i nawilżają jak najbardziej prawidłowe męskie łzy.

 

 

Przedostatnią pieśń chciałbym zaproponować pani Beatce. Tej pani Beatce, która dziś o dwudziestej w reżymowej telewizji bredziła jak chory szympans, nie rozumiejąc, że już jest przegrana i skończona, nie wiedząc, że mogę dla niej napisać pożegnalne mowy i że nie chodzi mi  o  mowy pogrzebowe. Mogą to być mowy z prośbą o wybaczenie przez naród, oświadczenia o przyznaniu się do błędu, proste wyrażenie skruchy polegające na rozwinięciu jeszcze prostszego przepraszam bez dop...ania komukolwiek. Bo jak tak jej dzisiaj słuchałem, to przypomniała mi się Trylogia i diabeł, co na mszę ogonem dzwoni i Lalka z metaforą leżącej drabiny. I jeszcze Granica i to, co zrobił pan Ziembiewicz, a do czego nikogo nie namawiam, choć świt zimowy z wiersza Który skrzywdziłeś już za dni kilka... I pomyślałem jeszcze, że jej apele to są do kolegów z jej sekty, to znaczy partii. Nieważne, niech zabrzmi pan Kaczmarski, który w marcu skończyłby sześćdziesiąt lat.

 

 

A na koniec jedna z bardziej ulubionych pieśni pani Gabrieli, mojej córki siedmioletniej, drugoklasistki, dzięki której więcej rozumiem jako belfer, a do czego nie omieszkam wrócić (znów anakolut, Dziewczęta i Chłopcy). To pieśń z serii Ojcuś, włączysz. Po wielokroć włączana. Rozumiana. Bo o to przecież w życiu chodzi. I nic do dodania. Oprócz tego, że mogę napisać, iż jest radość z powrotu do pisania. Może nie taka jak z powrotu do uczenia się z młodzieżą, ale jednak radość.