JEST RADOŚĆ I MUSI BYĆ KLIMAT!

Masz głos...

A NUŻ WIDELEC

 

robert frycz.jpg

Tak, nie myślałem, że kiedykolwiek powrócę do wpisu sprzed czterech lat, że mnie do tego swoimi słowy gówniarz w postaci wiceministra i mecenasa w jednym nakłoni. Nie wiedziałem, że tak to może być, że a nuż widelec coś takiego się objawi, że bez skrupułów coś napiszę. A potem jeszcze coś. Że po dwóch niemal miesiącach wrócę do pisania.

 

Rozpocznijmy jednak od pana Bartosza Kownackiego, w leadzie nazwanym tak jak trzeba, tak, jak po jego słowach w dniach ostatnich godzi się napisać. A nawet powtórzyć. Powtarzać.

 

Apeluję do wszystkich mediów, aby dokładnie pokazały karierę prawniczą i polityczną człowieka o duszy jak widelec, o sercu jak widelec, o widelcu jak cały on. Napiszcie, proszę, że to on bronił pana Roberta Frycza, zwanego Antykomorem, tego samego pana Roberta Frycza, który haniebnie obchodził się z głową naszego państwa, tworząc gierki komputerowe, w których była ona obrzucana gównem. Przytoczcie jego argumenty, jak bronił prawa do wypowiedzi. Zestawcie to z tym, co mówił pan Kneblewski, proboszcz jednej ze śródmiejskich parafii w Bydgoszczy i z tym, że go pan Kneblewski broni, nasyłając policję na ludzi, którzy o jego wybrykach poinformowali jego szefostwo w Watykanie, że tym odważnym, idącym pod prąd społeczny ludziom, próbuje zakneblować usta. Zróbcie to! Przecież Wy także jesteście odważni. A nuż widelec to coś pomoże, może to będzie jeden z tych kamyszków, co to lawinę poruszy, tę lawinę, która jeszcze na wiosnę pozwoli zmieść z powierzchni ziemi tę inwazję pospolitego grubiaństwa. 

 

I chcę powiedzieć, że jest mi niezwykle wstyd, że kiedyś znałem osobiście pana Kneblewskiego, że podawałem mu rękę. Wiem, że to było ponad dwadzieścia lat temu, ale gdy słyszę te jego antyludzkie teksty z pięknej ambony pięknego kościoła przy placu Piastowskim, to nie umiem się nie wstydzić. Gdy widzę jego maszerowanie z hajlującym bezmózgowiem spod znaku ONR, to jakoś tak nie potrafię inaczej.

 

W dniu najbardziej chyba znanego święta branżowego, święta mojego ukochanego zawodu, do którego tak naprawdę wróciłem, tak, po czterech latach wróciłem do uczenia, chciałbym uroczyście oświadczyć, że wrócę także do pisania o uczeniu. A bardziej o uczeniu się. Bo jakoś tak w ciągu ostatnich czterech lat przestałem lubić uczenie i nauczanie, a polubiłem uczenie się. Co tam polubiłem! Pokochałem. Wspólne uczenie się wraz z młodzieżą. Znienawidziłem (przedtem tylko nie lubiłem) stawianie stopni, zrozumiałem bowiem, że stawiają one dzieci i młodzież na pozycji zwierzyny polującej na nic niemówiące ochłapki z cyferkami 1, 2, 3, 4, 5, 6, a nauczycielki i nauczycieli skazują na rolę egzekutorów-rozdawaczy ochłapków. Aby to zmienić, aby wyjść z tego piekła, potrzeba kilkunastu, może kilkudziesięciu lat. Ale to wyjście należy rozpocząć zaraz. Już. Stanowczymi, choć małymi krokami. Nie wolno się cofnąć. I to jest daleko ważniejsze od dupereli w postaci zmiany struktury szkolnictwa w naszym umęczonym wiecznym mesjanizmem kraju.

 

To młodzież mi tę pieśń wspaniałą podsunęła. Zwróćcie, Kochani, uwagę na tekst. Zwłaszcza na te słowa z filmu Dyktator.

 

 

W ramach zakończenia bardziej niż podsumowania zachęcam wszystkich Umiłowanych Czytelników do  polubienia na facebooku strony naszej Szkoły.  I do zajrzenia na stronę internetową Szkoły.

 

Wkrótce ogłoszę wyzwanie.