JEST RADOŚĆ I MUSI BYĆ KLIMAT!

Ku czci

WOLONTARIUSZOWE MISTRZOSTWO

 

W poniedziałek wieczorem wracałem samochodem od mojej Mamusi, u której wraz z synem moim przebywałem przez poprzednie dni dziewięć wypełnione wszystkim, co związane z juniorskimi mistrzostwami świata w lekkiej atletyce. Gdy przejeżdżałem pod stadionem bydgoskiego Zawiszy im. Zdzisława Krzyszkowiaka, moje powieki wilgotnie się ociepliły (ciepło zwilgotniały), a serducho powiedziało, że taki jego kawał tu został.

 

Dziś pierwsza z dwóch części - choć nie wykluczam ani trzeciej, ani braku drugiej, ani marnej jakości pierwszej - wspomnień jednego z najstarszych wolontariuszy, na którego nikt nie mówił ani dziadek, ani wuja, ani ojciec, który po prostu był Tomkiem, małym ogniwem naprawdę fajnego zespołu. Współtwórcy sukcesu KPZLA, Bydgoszczy, całego województwa kujawsko-pomorskiego, całej Polski. Niezależnie od podziałów, braków we współpracy, wojen tych, którym prawdopodobnie wydaje się, że rządzą ludźmi, choć wydawałoby się, iż powinni żyć tym, że im służą. 

 

Na końcu dziękował nam włodarz Bydgoszczy, pan Rafał Bruski oraz szef Kujawsko-Pomorskiego Związku Lekkiej Atletyki, pan Krzysztof Wolsztyński. Nawet załapałem się na zdjęcie z nimi. Tych zdjęć jest więcej, każda zaś twarz wolontariusza to mnóstwo uczuć i emocji, mnóstwo pasji i najwięcej otwarcia na pomoc drugiemu Człowiekowi i radość z bycia potrzebnym. Zajrzyjcie pod link, nie bójcie się, zobaczcie tych młodych i tych wiecznie młodych wspaniałych ludzi, ze wspaniałą motywacją nieoglądającą się na nagrody z okazji świąt zawodowych, na gazety i gadżety, na zapłatę. 

 

IMG_20160723_124542.jpg

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Najczęściej pracowałem z powyższym panem Michałem, wspaniałym dziewiętnastoletnim lekkoatletą z Pelplina, uczącym się i trenującym w Tczewie, biegającym 10 kilometrów poniżej 40 minut. Pan Michał (na zdjęciu z panem Konradem Bukowieckim, mistrzem świata w pchnięciu kulą juniorską) ani razu nie zaklął, choć wszyscy dokoła czasem przy noszeniu ton składających się ze zgrzewek butelek, tyczek i innego sprzętu bluzgali czasem tak, że podobno nawet diabeł by zatkał uszy. Pan Michał lubił także chodzić na obiady z panem Robertem opiekującym się zapełnieniem lodówek.

 

IMG_20160718_122358.jpg

IMG_20160719_105816.jpg

 

 

 

 

 

Gdzie te lodówki? Na bocznym boisku rozgrzewkowym i w hali rozgrzewkowej. Trzeba było je zapełnić małymi flaszkami, a dwa razy dziennie dowożono nam lód do trzech zamrażarek. Boisko boczne i hala wyglądały tak (zdjęcia u góry i u dołu). 

 

Na tymże boisku i hali wielu nas było i bywało. Poznaliśmy tam sztab medyczny reprezentacji na czele z panem Łukaszem Michalskim (tyczkarzem, ortopedę, mężem pięknej skoczkini), z panem Radkiem Drapałą. Poznaliśmy tam rzeszę cudownych fizjoterapeutek (była jedna, pani Magda, której pozwoliłem uczyć się masażu na moich plecach i dzięki której odkryłem, że rozkosz cielesna niekoniecznie musi być uciechą lubieżnie seksualną) i fizjoterapeutów na czele z panem Zbyszkiem i panem Markiem, panem Dawidem, panem Michałem, panami Adamami, panem Bartkiem, panem Piotrkiem i więcej panów nie pamiętam, panowie wybaczą. Imponowaliście mi motywacją do nauki, tym, że w czasie, gdy nikt nie potrzebował waszej pomocy, masowaliście innych wolontariuszy i samych siebie wzajemnie tylko po to, by się uczyć, uczyć, uczyć, mówić sobie, jakie to mięśnie, pytając siebie o odczucia. Czas z wami spędzony był dla mnie radosny, wspaniały, mógłbym z leków zrezygnować. Takie niemałe całkiem flow. Szkoda, że na zdjęciu nie ma wszystkich... Przynajmniej na moim.

IMG_20160723_105442_BURST003.jpg

IMG_20160723_135154.jpg

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

A ile jeszcze dobrego mógłbym napisać o innych wolontariuszkach i wolontariuszach z obsługi zawodów (call room, mix zone, antydoping, koszykowi, grabiący skocznie, zamiatający rzutnie i bieżnie)! Ileż mógłbym nawychwalać i nawynosić pod niebiosa albo i siódme nieba opiekunki i opiekunów drużyn, ludzi pomagających w mieście i w hotelach. Ponad trzysta człowieków nas było. Każdy z nas gotowy do pracy przy pomocy innym ludziom. Całemu temu kolorowemu światu. Trochę zdjęć wrzucam ze swojego aparatu, na facebooku jest ich jeszcze trochę. I jeszcze zdjęcie z pięknymi paniami sędziami.

IMG_20160723_163839.jpg

IMG_20160721_105703.jpg

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

IMG_20160721_163442.jpg

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

IMG_20160723_142743.jpg

IMG_20160723_153819.jpg

 

 

 

 

 

 

 

 

W jednym z następnych wpisów napiszę o swoich spotkaniach ze sportowcami. Także z trenerem pana Pawła Wojciechowskiego, naszego ostatniego mistrza świata w skoku o tyczce. I z trenerem belgijskiej biegaczki na osiemset metrów, który każdy trening - w całości - wykonywał razem z nią. I o białoruskim trenerze, z którym rozmawialiśmy w swoich językach i doskonale się rozumieliśmy. I o południowoafrykańskiej lekarce, która dała koszulkę dla mojego syna. I jeszcze o imienniczce mojej córki z pięknego kraju po drugiej stronie świata. 

 

Piosenka, dedykowana pani Dominice, pani Kindze, paniom Sandrom, pani Mai, pani Tosi, pani Agacie, pani Justynie, pani Martynie, pani Rozalii, pani Kasi, pani Sabinie, panu Mariuszowi, panu Robertowi, panu Markowi, panu Jarkowi, panu Wiechowi, panu Krzychowi, panu Oskarowi, panu Arielowi, panu Mikołajowi, panu Maciejowi i jego synowi panu Kubie, panu jeszcze jednemu Jarkowi, panu Devrimowi. I jeszcze tym wszystkim, których teraz nie pamiętam, a powinienem przywołać. 

 

Piosenka, która zapowiada, od jakiego kraju zacznę ten następny wpis. Który lepszy nie będzie. A tak naprawdę to powinienem napisać książkę, którą napisać mógłby każdym z nas.