






Jeżeli wpisałeś do wyszukiwarki "widokówka z tego świata interpretacja", a ona skierowała Cię tutaj, to cholernie źle trafiłeś. Nie ma tu interpretacji tego wspaniałego wiersza, nie wyręczę Ciebie w pisaniu wypracowania, nawet nie znajdziesz tu sugestii z cyklu O czym by tu napisać. To nie szkoła, to bloog. Miejsce na totalny subiektywizm. Zwłaszcza, gdy ma się ochotę na napisanie paru słów na temat jednego ze swoich ulubionych wierszy... I gdy w tle tak ładnie grają utwór pana Beethovena.
Podmiotowi lirycznemu (który może być tożsamy z autorem utworu) zdaje się, że Pana Boga TU nie ma. Że stworzył kosmos, historię, ludzkie ciało, a potem to wszystko zostawił. Poszedł sobie. Zostawiając człowiekowi mroźną pustkę (kosmos), mieszaninę śmiecia i rozpaczy (historia) i niedorzeczny kryminał krwi i grozy (ludzkie ciało). Często zdarza mi się pomyśleć, że niepodobna się z tymi stwierdzeniami nie zgodzić.
Nie na Panu Bogu (choć może się zdawać, że o Niego głównie tu chodzi) jednak chciałem się dziś skupiać. Wolę zastanawiać się nad cżłowiekiem. Nad istotą miejsca, w którym przyszło mu toczyć swoje życie. Nad istotą czasu, który przyszło mu tworzyć i przeżywać. Nad istotą cielesności, której kresem jest śmierć.
Człowiek zatem żyje w miejscu, które jest li i jedynie przypłaszczoną kropką. Czymś mniejszym niż znak interpunkcyjny kończący zdanie oznajmujące. A ta przydepnięta kropka przypominająca ukulaną pieczołowicie przez zasmarkane dzieciątko kulkę z gilów nosowych to nie punkt, w którym żyje tu i teraz. To planeta Ziemia. A miejsce, z którego roztaczają się rozległe widoki na palmy, morza, zatoki i pradoliny Wisły jest czymś - eufemistycznie mówiąc - niezmiernie mniejszym od tej kulki. Jak niezmiernie? Na tyle niezmiernie, że człowiek może poczuć tę jakże wspaniałą niezmierną mroźność ogromności kosmosu.
Co zatem z czasem? Miliardy skrzętnie zapisanych stron historii czy mgnienie oka? Tysiąclecia wielkich dokonań człowieka czy beknięcia mieszaniny śmiecia i rozpaczy? Człowiek jest koroną wszystkich stworzeń, miarą wszystkich rzeczy (szczególne pozdrowienia dla pana Protagorasa) czy jednym z bilionów składników kolejnych warstw geologicznych? Czym w takim razie są moje udane lekcje, moje dobre relacje z uczniami, moje wpisy na bloogu, moje rekordy życiowe? Co z tym cholernym przemijaniem? Co mi po tym, że kilkuset ludzi będzie o mnie pamiętać przez kilka tysięcy chwil krótszych od beknięcia? Czy jedyne, co nie przemija, to przemijanie?
Kara śmierci i dożywocie nie różni się od siebie w grząskim gruncie rzeczy. Ciało i jego życie to tylko tandetna powieść-rzeka, której finał poznam, gdy czyjaś ciepła (oby tak było) dłoń zamknie moje oczy, gdy mnóstwo ludzi odetchnie z ulgą, że jam już nie tu, tylko gdzieś tam i że tu już nie wrócę i gdzieś tam zostanę. Może nawet z boląca od drugiej lekcji głową lub od piątego kilometra stopą. Nie, to bez sensu - tam już przecież nic nie boli.
Takie pytania, takie stwierdzenia muszą się w życiu każdego z nas, o umiłowani Czytelnicy, pojawiać. Ich stawianie i wypowiadanie nie świadczy o depresji, o którą wielu chciałoby nas oskarżyć. One świadczą tylko o tym, że nasze człowieczeństwo jest wciąż żywe. Bo boli. Bo ma boleć.
| Mors stupebit, et natura, Cum resurget creatura, Judicanti responsura. |
Śmierć z przyrodą oniemiała, Ujrzy cud, gdy ludzkość cała Na sąd pójdzie zmartwychwstała. |
| Liber scriptus proferetur, In quo totum continetur, Unde mundus judicetur. |
Księgę ludzkich spraw otworzą: Z niej to przed stolicą Bożą Przeciw światu śledztwo wdrożą. |
| Judex ergo cum sedebit, Quidquid latet, apparebit: Nil inultum remanebit. |
Sędzia tedy, gdy się zjawi Co się kryło, jawnym sprawi, Nic bez pomsty nie zostawi. |
| Quid sum miser tunc dicturus? Quem patronum rogaturus, Cum vix justus sit securus? |
Cóż ja powiem, człek ubogi: W czyje mi się schronić progi, Gdy i święci nie bez trwogi? |
Requiem. Mój ulubiony fragment tej mszy żałobnej pana Mozarta powyżej. Tekst, który wyświetla się w okienku z nagraniem, zamieszczono również nad tymże okienkiem. I to z tłumaczeniem. Pan Wibo zapewne napisałby o dialogu, który prowadzą bas z puzonem, o stopniowaniu głosów połączonym ze zmianą nastroju w tekście mszy. A może to ja w tym momencie piszę głupoty o tym, o czym mógłby pan Wibo napisać. W każdym razie polecam wszystkim swoim umiłowanym Czytelnikom całe Requiem pana Mozarta. Wiem, że nie wypada tak mowić, a co dopiero pisać, o mszy żałobnej, o muzyce funeralnej, ale muszę to powiedzieć i napisać. Jest radość! Jest radość, że tak wspaniałe dzieło powstało, że pomaga ludziom oswajać i godzić się ze śmiercią najbliższych, że nawet pomaga ludziom w lepszym przeżywaniu i nierozumieniu niezmiennego i naturalnego porządku świata nazywanego niekiedy koleją rzeczy.
Znicze. Pomaleńku wypalają się na cmentarzach najtańsze znicze. Te droższe jeszcze się palą. Przez około 20 dni popalą się jeszcze znicze trzydziestodiowe ze specjalnym wkładem. Niech się palą. Niech przypominają, że światło pamięci trzeba nosić. Mam i ja swoje znicze. A te najcenniejsze zapalam na finiszu maratonów i nadal będę zapalał. W przyszłym roku kolejne dwie osoby będą finiszować wraz ze mną, dwóm kolejnym osobom zadedykuję swój start w maratonie. Wiem już, kto to będzie. Czekam jeszcze na zgodę rodziny jednej z osób, bo rodzina drugiej osoby, dla której pobiec chcę maraton, już zgodę wyraziła. Cholernie patetyczne i bardzo amerykańskie są te moje maratońskie znicze, ale jakoś nie chce mi się biegać tylko dla kolejnych liczebników porządkowych przed słowem maraton, dla kolejnych pięciu cyferek lepszych od poprzednich pięciu cyferek.
Chryzantemy. Uwielbiam te kwiaty. Tak mnie zachwycają swoimi kolorami, swoim kształtem, a w naszej kulturze funkcjonują albo jako kwiaty cmentarne, albo jako złociste w półlitrówce po czystej. Szkoda, bo tak cudownie ogrzewają powietrze w chłodne, cmentarno-listopadowe dni. I to przez tak krótki czas. Niemal tak krótki jak ten podpunkt.
Pocztówka. Jest taki wiersz pana Barańczaka, który w tytule ma słowo widokówka. Chcę mu poświęcić swój kolejny wpis. Nawet jeśli miałby ten wpis opóźnić moją relację ze środowych zawodów w Łubiance. Nie będzie to, dobrzy ludzie, interpretacja i analiza tego utworu. Będę nieprzyzwoicie powierzchowny, perfidnie nie będę trzymał się tematu i do tego wszystkiego dołożę rozdętą do granic niepodobieństwa nieobiekywność.
Kontrapunkt. Wpadła mi w ręce płyta Świat według Nohavicy. Gdy przestaję w te dni listopadowe słuchać mszy żałobnej pana Mozarta, przerzucam się na słuchanie pana Nohavicy. A pan Nohavica ma w swoim dorobku kilka utworów o podobnym działaniu terapeutycznym jak msza żałobna pana Mozarta. Kometa już kiedyś na moim bloogu odtwarzana była. Dziś pieśń o odwalaniu kity. Piękne, fajne i piękne!
A tak. Bo dawno na moim bloogu nie było niczego o żarciu. Nie było niczego o żarciu? Czyli coś jednak było? Bo przecież jeżeli nie ma czegoś, co można nazwać niczym, to może w tym samym miejscu znajduje się coś, co można nazwać czymś?
Nie wiem doprawdy, w jakim celu powstał powyższy akapit. Przecież niczego tam nie ma. Nawet jeżeli coś w tamtym miejscu się znajduje. Skoro zaś niczego tam nie ma (mimo złudzeń, że coś tam jednak jest), to po cholerę o tym pisać? Lepiej wstawić ładny, klasyczny kawałek muzyczny. Kiedyś w telewizji, tej, której płacimy za popularyzowanie kultury, nauki, sztuki (w tym także muzyki klasycznej), muzykę klasyczną promowano za pomocą przepięknych animowanych impresji. Przypomniała mi o tym niedawno moja najukochańsza pani Majewska, a ja poszperałem na tej samej stronie www co zwwwykle i znalazłem takie cudeńko. Nie jesień to wprawdzie, ale przecież zima też już niedługo.
Ci,którzy nie czytali pierwszego akapitu - szczęściarze, cholera! - nie wiedzą, że zamierzałem dziś napisać coś niecoś o żarciu. Tylko o czym by tu napisać? Nie zdradzę przecież, że sekretem mojego bigosu jest jałowiec, sok wiśniowy, gałka muszkatołowa, kolendra, rozmaryn i przesmażona kiełbasa polska (nazywa też czasem bydgoską albo jeszcze inaczej). Nie wspomnę też o tym, że gałka muszkatołowa, czosnek i ser typu feta wspaniale komponują się ze szpinakiem. I nie przyznam się także do tego, że tajemnica smaku mojej szarlotki kryje się w cynamonie i migdałach (ewentualnie olejku migdałowym).
Mógłbym natomiast potraktować swój bloog jako kozetkę u terapeuty i poskarżyć się na domowników moich... Że wolą klasyczny gulasz wołowy o najprostszej z możliwych konstrukcji zamiast najklasyczniejszego bogracza. I że danie owo przyrządzać mogę raz na rok, a nawet rzadziej. A przyrządzam je według przepisu zaczerpniętego z książki CK kuchnia pana Roberta Makłowicza. Oto ten przepis.
Bogracsgulyas
500 g wołowiny, 2 łyżki smalcu, 2 cebule, 2 ząbki czosnku, łyżeczka ostrej papryki w proszku, 600 g ziemniaków, 2 marchewki, 1 pietruszka, 1 seler, liść laurowy, kminek, pieprz, sól
Lane kluseczki: 3 łyżi mąki, jajko, woda
Obraną cebulę siekamy i szklimy na smalcu, dodajemy pokrojone w kostkę mięso i rumienimy. Dodajemy zmiażdżony czosnek, paprykę, pieprz, sól, zmielony kminek oraz pół szklanki wody i dusimy pod przykryciem. Gdy mięso jest na pół miękkie, wrzucamy pokrojone w kostkę warzywa, liść laurowy i dolewamy trochę wody. Następnie dodajemy pokrojone w kostkę ziemniaki. Z mąki, jajka i wody przyrządzamy rzadkie ciasto i pod koniec duszenia wlewamy je do bogracza.
Aby bogracza nieco odklasycznić, można nie przyrządzać i nie dodawać rzadkiego ciasta pod koniec duszenia. Można też rumienić cebulkę i mięso na oleju, bo to bardziej zdrowo. Wiem też od moich znajomych, że do bogracza dodawać można także pomidory, różnokolorową paprykę, pokrojone kiszone ogórki i inne warzywa. W jakich proporcjach? Tego już nie wiem.
W ostatnim akapicie należałoby napisać coś, co wiązałoby się z treścią akapitu pierwszego. Nie ma tu jednak o czym pisać. W pierwszym bowiem akapicie niczego przecież nie było, nawet jeżeli ojciec prowadzący pisał coś, co nie było czymś o czymś, czego nie było, mimo iż tak po prostu w pierwszym akapicie sobie zaistniało.
Porobiło się. Zaniedbałem nieco swój bloog. Oj, zaniedbałem. Miały być dwa wpisy w tygodniu, osiem w miesiącu, sto na rok, a tu pospolitość skrzeczy niczym sroka w krzewach czarnej porzeczki w Gnieźnie nazywanej, nie wiedzieć dlaczego, smrodziną.
Tak, o jedzeniu też dawno już nie pisałem. Ale jak tu pisać o jedzeniu, kiedy jest się zaczytanym w Akademii Smaku pana Randdala. Kiedy dawno się nie pichciło. Co najwyżej placuszki z chudego twarogu, jajek i płatków owsianych w naszych stronach nazywanych, wiadomo dlaczego, haferflokami. W sobotę przyrządziłem także dość dobrą zapiekankę - makaron penne, fasola, pulpeciki mocno naczosnkowane czosnkiem (bo niby czym innym mogły być naczosnkowane jak nie czosnkiem właśnie), młoda marchewka i młody groszek (ze słoika), zblanszowany brokuł i sos jogurtowo-jajeczno-serowy. Czy to już jest przepis na zapiekankę? Być może. Nie wiem jednak, czy takie były intencje ojca prowadzącego bloog.
Pani Jagoda zarzuciła powiedziała mi niedawno, że mój bloog jak na polonistę go prowadzącego, zrobił się zbyt sportowy, a za mało literacki. Coś w tym jest. Do naprawienia. Na razie absolutnie, za przeproszeniem, po literacku bojkotuję piłke nożną i ani słowa z mojej strony umiłowany Czytelnik na moim bloogu nie przeczyta. Chyba tylko to, że ją bojkotuję. Albo tylko jakieś ciekawe porównanie wtrącone mimochodem. Monokulturze futbolowej (wspaniałe określenie trwale wypożyczone od pana Barnaby) mówię stanowcze NIE.
O bieganiu zaś jeszcze napiszę. Wiele będę o bieganiu pisał. W końcu obiecałem panu Grabkowi Bartkowi, że napiszę coś nieco o nim - znakomitym, młodym biegaczu z Rypina. Taki mały panegiryk lub niewielka palinodia. Na pewno w tym pisaniu nie zabraknie bredni. Dziś o bieganiu tylko dwa zdjęcia z mety. Ze Szwagierką, dla pamięci której pobiegłem te zawody. I medalem, który chciał mi roztrzaskać samo serce klatki piersiowej, ale zatrzymany został migawką dzielnego fotografa z firmy fotofinisz.pl. I o panu Ksawerym, którego cholernie bardzo cenię i który w Poznaniu biegł swój ostatni maraton, też napiszę. Bo tak trzeba, bo tak chcę.

I jeszcze wypełnienie kronikarskiego obowiązku wobec swojej własnej osoby. Wczoraj byłem na zawodach. 7,5 kilometra z Dąbrowy Chełmińskiej do Ostromecka. Rezulat z zeszłego roku poprawiłem o siedem minut. Udało się osiągnąć czas 37 minut i 38 sekund. Do spełnienia marzeń (przebiegnięcie zawodów ze średnią prędkością 5 minut na kilometr) zabrakło tradycyjnych 8 sekund. Nie ma się czym przejmować. Zwłaszcza, że na ostatniej prostej wymiotować się chciało, a nie chciałem ryzykować wykonywania tej jakże nieprzyjemnej czynności w tłumie wspaniałych mieszkańców Ostromecka. Dodam jeszcze tylko, że mojemu uczniowi, panu Przemkowi z pierwszej klasy liceum, udało się ze mną wygrać. Z panią Emilią, z którą biegliśmy w czerwcowych zawodach w gminie Łubianka, wygrać się udało. Razem wygrać się udało, bo biegliśmy w koszulkach Drużyny Szpiku i o transplantacjach szpiku wspaniałym mieszkańcom Ostromecka i biegaczom też parę słów powiedzieliśmy.
I jeszcze dodaję piosenkę arię. Ponieważ ostatnio - z winy mojego znakomitego imiennika, maratończyka i solisty operowego z Poznania - zasłuchuję się w operach. To jedna z moich ulubionych. Jeżeli, umiłowany Czytelniku, nie włączyłeś go przed rozpoczęciem czytania mojego wpisu, to bardzo dużo straciłeś. Przepraszam, bo to znów przeze mnie.
sobota, 21 listopada 2009
Licznik odwiedzin: 40701
| « listopad » | ||||||
| pn | wt | śr | cz | pt | sb | nd |
|---|---|---|---|---|---|---|
| 01 | ||||||
| 02 | 03 | 04 | 05 | 06 | 07 | 08 |
| 09 | 10 | 11 | 12 | 13 | 14 | 15 |
| 16 | 17 | 18 | 19 | 20 | 21 | 22 |
| 23 | 24 | 25 | 26 | 27 | 28 | 29 |
| 30 | ||||||

Tomasz Majewski
Urodzony w roku zasłużonym
dla polskiej piłki nożnej,
w roku, o którym śpiewają
The Connells (o następnym
też śpiewają),
w pierwszej stolicy Polski.
Nauczyciel języka polskiego
z Unisławia,
ceniący lapidarne opisy.
Miłośnik gór i nizin, dobrej kuchni, dobrej literatury, dobrego filmu, dobrego teatru (także amatorskiego), dobrej muzyki i wszystkiego, co dobre, a szczególnie wszystkich, co dobrzy.
Mógłbym dużo o sobie pisać.
I naprawdę dużo dobrego. Moi znajomi wszystko by potwierdzili. Ale ci sami znajomi mówią też, że najbardziej cenią mnie za wrodzoną skromność. Zatem w informacji
o mnie nie będzie za dużo o moich zaletach.
Poza tym.
Jeest raadość!
Musi być klimat!
Kontakt:
t.majewski.prv.pl@wp.pl
GG 7792030
O wartości wartości i o tym, co jest naprawdę warte tego, aby było warte. Warto o tym pisać. Nawet jeśli wydaje się to być pisaniem o niczym.
Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie: