Bloog Wirtualna Polska
losowy bloog | poleć tego blooga | inne bloogi | zaloguj się | załóż blooga
Kanał ATOM Kanał RSS

Konkurs, konkurs

poniedziałek, 08 lutego 2010 16:10


Biorę udział w dwóch konkursach. Do jednego - za moją wiedzą - sam się zgłosiłem i próbuję, oczywiście z marnym skutkiem, coś tam ugrać. Do drugiego - bez mojej wiedzy - mnie zgłoszono i tam, oczywiście, skutek będzie marny, bo przez ostatnie cztery lata nic prawie nie ugrałem.


Znakiem pierwszego konkursu są te dwa zielone bannery na moim bloogu. Konkurs na blogera roku 2009 rozpętany ogłoszony przez portal wiadomosci24.pl. Publikują czasem tam moje teksty, jeszcze chętniej czytam tam teksty innych - tym bardziej, że teksty te charakteryzuje szacunek do słowa, szacunek do czytelnika i coś, co nazwałbym szumnie aczkolwiek nie do końca poprawnie szacunkiem samym w sobie. I jeszcze ta dziennikarska pasja, której u mnie nie uświadczysz, umiłowany Czytelniku.


Aby oddać na mnie głos, tak, na mnie, właśnie na mnie, nie na panią Julię z warkoczem, nie na pana Wiktora z wyrokiem, tylko na mnie, na mnie, tak na mnie, właśnie na mnie, nie trzeba wysyłać durnych piasek na krymskiej plaży smsów. Wystarczy kliknąć w jeden z owych przepięknych zielonych bannerów, a gdy otworzy się lista bloogów, kliknąć Głosuj przy Jest radość! Musi być klimat! Potem trzeba już tylko wpisać swój adres mailowy i potwierdzić oddanie głosu. Procedura prosta jak budowa cepa i niedenerwująca jak tutejsze porównania. Można też polecić głosowanie na mój bloog bliźnim swoim - mailowo, przez portale społecznościowe lub w jeszcze inny sposób. Nie ma jednak pewności, czy bliźni nadal pozostaną bliźnimi po takich przejściach...


Dlaczego warto oddać na mnie, tak na mnie, na mnie, właśnie na mnie, na mnie, tylko na mnie swój głos?


Bloog mój nie jest blogaskiem w stylu kopsnij-komcia-misiu. Nie jest też bloogiem z cyklu Jakie-te-baby-są-głupie albo Jaka-ja-jestem-głupia. Jest za to bloogiem, na którym jesteś panią lub panem - w świecie nieustannego z byle powodu tykania i spoufalania bez powodu zachowuje dobry kontakt z umiłowanym Czytelnikiem mimo stosowania form pełnych dystansu i szacunku. Jest też jednym z niewielu bloogów osoby niezbyt publicznej, która pisze pod własnym imieniem i nazwiskiem, a nie pod jakimś nickiem (z całym szacunkiem dla ukrywających się pod nickami - każdy ma prawo wyboru pod czym chce pisać). Być może jego mocną stroną jest poruszanie tematów rozmaitych - od sportu poprzez szkołę, gotowanie do aktualiów i czegoś, co nazwałbym tak, że nie można by tego nazwać inaczej niż nie-wiem-o-co-chodzi-i-tyle. No i jeszcze ten klimat, tak, klimat, klimat, na który nie mają wpływu zmiany i konferencje klimatyczne, a jeżeli nawet mają, to ten bloog nadal swój klimat zachowuję.


Powodów, dla których warto głosować na mój, tak, mój, właśnie mój, bloog jest zapewne więcej, ale wrodzona skromność, najistotniejsza z moich zalet, o której wcale nie muszę wspominać, bo wszyscy o niej doskonale wiedzą, nie pozwala na to, by... 


Tę zaś piosenkę jako swoiste interludium pomiędzy opisywaniem dwóch konkursów umiłowanym Czytelnikom odtworzyć pragnę z dedykacją dla pana Tomasza Majewskiego, ojca prowadzącego tego blooga, autora tych słów i autora dedykacji poniższej pełnej pretensjonalnego szyku przestawnego.





Do drugiego konkursu nie przystępowałem. Ogłosiły go lokalne, legalne media. I jestem - zaznaczam, bez mojej zgody - jego uczestnikiem. Dlatego też o tym konkursie znacznie mniej napiszę.


To konkurs smsowy na najlepszego radnego powiatu chełmińskiego. Tak w każdym razie piszą o jego pomysłodawcy. Dla mnie zaś to konkurs na radnego, który wyśle na samego siebie najwięcej smsów albo namówi do wysyłania na siebie smsów najwięcej swoich bliźnich. Nie wysyłajcie na mnie smsów. Szkoda złotówki, szkoda kciuka, szkoda czasu.


Szkoda też złotówki, kciuka i czasu, ponieważ  przez te cztery lata niewiele udało mi się w radzie gminy Unisław zdziałać. I tyle.


Chcesz się pośmiać, umiłowany Czytelniku? Przeczytaj sobie wszystko, co kryje się pod tym linkiem. Cały wątek. Wszystkie wypowiedzi. Ojciec prowadzący tego blooga odniesie się do tego wszystkiego już wkrótce. W najbliższym czasie. Bo czas już działać, czas zrozumieć istotę obecnej chwili. Któż to i do kogo powiedział?


W Ich lubię czytać witam pana Pawła ukrywającego się pod nickiem Quis ut Deus. Blog jego jest na wskroś biegowo-rowerowo-katolicki (kolejność, panie Pawle, mogę zmienić) i świetnie się go czyta. To wystarczy. Tak jak to, że z panem Pawłem znamy się od lat. Ilu lat? Może 17? Może więcej?


Dlaczego wolność? Bo nie szybkość.


komentarze (3) | dodaj komentarz

W laczkach fundamentalnie

środa, 03 lutego 2010 19:12


W niedzielę wieczorem wróciłem z gór. Tak, w niedzielę. Młodzi ludzie, z którymi  byłem tam na zimowisku, wcale nie cieszyli się z tego, że wracają do swojego miasta. Niektórzy z nich pytali nawet, czy nie mogą tu zostać, czy muszą wsiadać do autokaru, dlaczego tak krótko...


Tak sobie liczę nieśmiało, iż działo się tak dlatego, że wraz z opiekunkami, pilotem, właścicielami ośrodka w Gliczarowie Górnym, kierowcą autokaru, instruktorami narciarskimi, przewodnikiem dobrze wykonaliśmy swoją pracę. Bo przecież staraliśmy się, aby młodzi ludzie chodzili zawsze w czapkach, szalikach i rękawiczkach, zwyczajnie ciepło ubrani i zwyczajnie najedzeni. I żeby tak ubrani i najedzeni nie mogli się nudzić. Mieli okazję nauczyć się jeździć na nartach oraz oczywiście na nartach sobie pojeździć. Mieli okazję popływać w basenach z bardzo ciepłą wodą. Mieli okazję połazić i po Zakopanem, i po Dolinie Kościeliskiej. Mieli też okazję pouczestniczyć sobie w pogodnych wieczorach w postaci wyborów miss i mistera oraz dyskotek przy dość odrealnionej muzyce. Trzeba też tu niepetitem dopisać, że wszystko to odbyło się pod patronatem Urzędu Miasta i Gminy w Pobiedziskach (link w pierwszym akapicie) oraz Biura Turystyczno-Edukacyjnego Przystanek Ziemia należącego do mojego serdecznego kolegi pana Przemka. 


Teraz będzie patetycznie. Chociaż może niekoniecznie. Najpierw jednak piosenka. Dla Was, Kochani. Tak, dla Was, wspaniali młodzi ludzie z Pobiedzisk. Mam nadzieję, że piosenka aż tak bardzo Wam się nie podoba, jak ja się o to jej niepodobanie się Wam boję. Jest radość?


I dla Was, kochani, uszykowałem ten wpis. Cieszę się, że Was poznałem, że mogłem przez te kilka górskich dni dla Was pracować. Pamiętajcie, że to, co udało się Wam w Gliczarowie Górnym zdobyć - te emocje, te wspomnienia, te widoki i nawet te tańce, to jest coś, czego nikt Wam nie zabierze. To coś, co może być solidnym fundamentem Waszej dorosłości. Takim fundamentem, którego nic nie ruszy, fundamentem, który będzie źródłem Waszej siły.


Poniższe zdjęcia to takie skromne kwiatki z całego ogrodu. Może nie są one najlepszej jakości, ale na pewno mają swój klimat. I mają swoje opisy. I nawet idzie je oglądać.



Widok z balkonu naszego ośrodka po raz pierwszy.


I po raz wtóry. W tle polskie Tatry, a nie modne w tym roku austriackie Alpy.


Ojciec kierownik. Także na balkonie. Polskie Tatry nadal w tle.


Młodzież z Pobiedzisk dla polskich Tatr (w tle).


Dolina Kościeliska. Polskie Tatry znów nie zasłaniają młodzieży.


Zasłuchana w słowa przewodnika młodzież. Przewodnik nie jest panem Smoleniem.


Młodzież nie reaguje na wygłupy opiekunów (to tacy dwaj z lewej strony).


Młodzież wpatruje się w opiekunów robiących im zdjęcia.


Na marginesie

Zaniepokojonego pana Barnabę informuję, że po kontuzji stopy nie ma już śladu. Po kontuzji, nie po stopie. Wróciłem do biegania. Wczoraj 13 km, jutro 17 km. Dziś miało być 15 km, ale zaordynowałem sobie gimnastykę ogólnorozwojową z oprzyrządowaniem (łopata do odśnieżania chodnika). Cóż, piąty trening wrzucam od następnego tygodnia. Jesienią czwórka musi pęknąć.

komentarze (6) | dodaj komentarz

NIE PO CO, ALE DLA

środa, 20 stycznia 2010 19:25


To, co mi się najbardziej podoba w zimowym bieganiu, to wcale nie to, że jest tak biało, że na tej białej nawierzchni nogi inaczej pracują, że się tak miło oddycha tym zimnym powietrzem i tak się szybko po treningu regeneruje.

 

Najlepsze jest to, że nie ma potrzeby kombinować z interwałami i takimi tam innymi ustrojstwami utrudnieniami. Wychodzę i biegnę - nie za szybko, nie za wolno - kilkanaście kilometrów. Wychodzę rano, kiedy rodzinka smacznie śpi, wracam, kiedy pomaleńku się budzą i można zaskoczyć śniadankiem. Wychodzę też z założenia, że poranne bieganie jest lepsze, ponieważ trening popołudniowy to czas wykradziony dzieciom i żonie. Mimo że wieczorem zasypiam razem z dziećmi. Na takim treningu słucham sobie albo radia, albo spokojnej muzyki, a jak bateria sobie zdechnie, to słucham ciszy albo przypominam sobie jedną z piosenek pana Kofty, tę, w której śpiewa w obronie ciszy. Może ktoś będzie łaskaw przypomnieć mi tytuł tego songu o ciszy?


Rozmyślam też, jak odpowiadać na komentarze, aby nie zawodzić umiłowanych Czytelników rażącą - jak jarzeniówki w przychodni rejonowej - powierzchownością. Nie wiem bowiem, czy godzi się po raz kolejny zadać kolejne pytania egzystencjonalne egzystencjalne i po raz kolejny powtarzać się, że taka powinna być kolej rzeczy, aby nie ustawać w powtarzaniu takowych pytań. Piszący te słowa, ojciec prowadzący blooga, nie ustaje bowiem w zadawaniu - zwłaszcza sobie - tych pytań, a jeszcze bardziej nie ustaje w nieznajdowaniu nań odpowiedzi. Tak jakby biegł ultramaraton, zbaczał z trasy, cofał się, zawracał, metę mając tam, gdzie światło dochodzi tylko przy badaniach per rectum w przychodni rejonowej. Do tego wszystkiego zdaje sobie sprawę z tego, że w przypadku tego biegu meta nie jest tak ważna jak samo bieganie.


Bo przecież wiem, po co żyję. Nie po co. Dla kogo. Bo - moim zdaniem - nie żyje się po coś, ale żyje się dla kogoś. Dla żony, dla córki, dla syna, dla rodziców, dla uczniów, dla współbiegaczy, dla współmieszkańców, dla tych z kategorii Długo-by-wymieniać. Jestem tu przede wszystkim DLA KOGOŚ, czy KOMUŚ się to podoba, czy nie. I to moim zdaniem stanowi o sensie mojego istnienia.


Nawet jeżeli wydaje mi się, że biegam dla siebie, to nie biegam dla siebie. To przywołuję siebie samego do porządku. Nie biegasz, Tomek, dla siebie, bo biegasz rano, nie po południu. I za 30 lat chcesz być sprawny, biegać ze swoimi dziećmi, biegać za wnukami i wydurniać się z nimi na czym świat stoi, a niechby i na głowie sobie stał, nie zabronisz mu przecież. Już teraz przecież planujesz, aby nie uprzykrzać nikomu życia swoim brakiem zdrowia. A Drużyna Szpiku, a maratony kończone ze zdjęciem w górze?


Przekonuj siebie, Tomek, przekonuj siebie, Umiłowany Czytelniku, nieustannie, bo jakżeby inaczej, że Twoje życie jest tyle warte, ile dajesz go innym.





Banał banalny?


PS
Polecam ten Banau z piosenki. I z filmu. Są rewelacyjni. I są z naszych stron.

komentarze (16) | dodaj komentarz

Niezła babka

sobota, 16 stycznia 2010 19:32



Rozpoczęły się ferie. Teoretycznie laba. Czas, w którym mogę bardziej wrócić do domu i chuchać dmuchać w ognisko domowe.


Praktycznie zaś wygląda to tak, że do środy muszę porozprawiać się ze szkolną papierologią, a we wtorek jechać do miasta powiatowego z papierologią nieszkolną. W niedzielę zaś wyruszam do Pobiedzisk, aby w poniedziałek rano z grupą z tego prześlicznego wielkopolskiego miasteczka wyruszyć w góry. Do miejsca, w którym z okna domu widać caluteńkie Tatry. Do miejsca, w którym byłem już w sierpniu. Do Gliczarowa Górnego.


Jeżeli tylko obowiązki kierownika zimowiska mi na to pozwolą, będę tam miał taki mały obóz treningowy. Pan Szwecu Pan Paweł już siedzi nad programem i myśli, jak sprawić, by kilometry przebiegnięte przeze mnie w górach jak najlepiej przełożyły się na wyniki wiosną i na formę przez cały rok. Abym po każdych zawodach mógł mu powiedzieć, że jest radość.


Jestem już po studniówce. Trudno mi było wprawdzie tańczyć, bo i za bardzo nie lubię wykonywać tej czynności, a i córeczce przypałętało się zapalenie ucha środkowego i myślami nie zawsze byłem na sali, ale za to jakże mi było miło patrzeć na to, jak moja klasa wspaniale się bawi. Zachwycałem się urodą i elegancją moich dziesięciu pań i elegancją moich dwóch panów. Wszyscy byli tak wspaniale odświętni i odświętnie wspaniali (na co dzień też są wspaniali, choć czasem trudno mi im w to uwierzyć). Byłem szczęśliwy, patrząc na ich roześmiane twarze. I jeszcze przepraszam Was, moi kochani, że tak mało tańczyłem. To nie tak, że nie chciałem. Ja naprawdę nie jestem panem Eddym Grantem.





Przejąłem rządy w kuchni. Do przyszłej niedzieli. Plany nie są zbyt ambitne. Dziś za to było całkiem nieźle, bo i niezła babka pojawiła się w kuchni. I nawet spodobała się pani Majewskiej, młodszemu panu Majewskiemu oraz (sic!) pani Felicji, mojej teściowej. Pannie Gabrieli dopiero może się spodobać przy karmieniu. Co to za babka, że podoba się i babkom, i żonom, i synom (jakżeby inaczej)? To babka ziemniaczana.


Zmieliłem ziemniaki ugotowane w mundurkach (oczywiście po ich obraniu), dodałem starte i odciśnięte surowe ziemniaki (oczywiście po ich obraniu), sól, cząber, wytopione skwareczki z wędzonego boczku, przesmażone końcówki kiełbas zwyczajnych, toruńskich, śląskich, jałowcowych i cebulkę usmażoną na tłuszczu z tych mięs i wędlin wytopionym. To wszystko wyrobiłem na jednolitą masę i uklepałem w formie do ciast - największej, aby babka zbyt wysoka nie była. Formę oczywiście wysmarowałem wcześniej tłuszczem i tartą bułką. Całość wsadziłem do nagrzanego piekarnika i trzymałem tam przez około godzinę. Podałem z solniczką, bo dałem za mało soli do ciasta. Sobie wziąłem keczup z piekła rodem. Popijałem piwem.


Jutro na treningu nie będzie po babce śladu. Planuję 28 kilometrów, ale jeżeli będzie tak wiało, jak zapowiadają, to i z 20 będę zadowolony. Mniej niż 20? Nie chciałbym... Pan Szwecu Pan Paweł powtarza (tylko nieco dosadniej), że zimą trzeba narypać kilometrów. Jutro na pewno coś dołożę do 150 kilometrów nabieganych w styczniu i 400000 metrów biegowych od 1 grudnia. Mimo że za tańcem nie przepadam.

komentarze (7) | dodaj komentarz

Fotoplagiat autolansujący

sobota, 09 stycznia 2010 19:05


Myślę, iż pan Randdal nie będzie się na mnie gniewał. Korzystam w jakiś sposób z jego pomysłu, nie wklejam jego zdjęć, tylko swoje, w dodatku lansuję samego siebie li i jedynie. Brzydko. Ale pan Randdal na pewno ma dobre serduszko i my wybaczy. Bo przecież nie działam na jego szkodę... W dodatku tę formę dzisiejszy wpis zawdzięcza mojemu zafrasowaniu zagonieniu i zapracowaniu. Po prostu brak mi czasu na pisanie dłuższych tekstów. Krótszych zresztą też. A swój głos w plebiscycie Przeglądu Sportowego oddałem na
panią Julię i panią Magdalenę.


Styczeń 2009
To był miesiąc graniczącego z pewnością przeczucia bardzo dobrego roku. Zwłaszcza jeśli chodzi o dzieci i o podwojenie ich ilości w naszej rodzinie. Takie miłe i takie śliczne podwojenie. Tak wspaniale, tak szczęśliwie, tak dobrze.



Luty 2009
To nie jest kadr z filmu o mitologii, w którym piszący te słowa występował jako pan Bachus. To zdjęcie z ubiegłorocznej studniówki. w przyszłym tygodniu kolejna studniówka, tym razem z klasą, której jestem wychowawcą. Tak, jestem facetem z klasą. I kto to wymyślił, że studniówkę ma się raz w życiu?



Marzec 2009
Udało się dwukrotnie pobić życiówkę w półmaratonie, popełnić kilka durnych oraz kilka mądrych wpisów. Udało też się bardzo ładnie uczcić trzydzieste piąte urodziny. A tak się wyglądało trzydzieści cztery lata temu.



Kwiecień 2009
Zadebiutowałem jako dziennikarz obywatelski. Był to też czas, kiedy moje wpisy opatrzone zostały - nie wiem, czy słusznie - bardzo dużą ilością komentarzy. Ech, ta wiosna...



Maj 2009
Matura. Największe kontrowersje wokół języka polskiego. W kraju, w którym przeciętny obywatel czyta mniej niż jedną książkę. A to, że średnia ta nie jest jeszcze bardziej przerażająco niska to zasługa takich obywateli jak wspominany już dzisiaj pan Randdal i wspominany już nieraz pan Barnaba i jak wielu ciągle wspominanych umiłowanych Czytelników. I jak ojciec prowadzący tego blooga, który, jak już często wspominałem, za najważniejszą swoją zaletę uważa skromność. Dla nas wszystkich piosenka pana Sinatry w wykonaniu pana Williamsa ze słowem maj w tytule i w refrenie.
 


Czerwiec 2009
Miesiąc spod znaku królowej sportu. Wiele gwiazd spotkał bardzo fotograficzny zaszczyt. Ja zostałem maratończykiem, z góry patrzyły te pełne ciepła, kochane brązowe oczy mojego Teścia, mi było ciepło pod powiekami, mimo że jeszcze cztery kilometry wcześniej z ust szedł ogień przekleństw tak okrutny, że nawet zaprawiony w bojach diabeł zatkałby uszy woskiem z paschału. I pełną gębą można było wołać, że jest radość.



Lipiec 2009
W trzecim dniu siódmego miesiąca dziewiątego roku trzeciego tysiąclecia spełniło się wymarzone od dawna marzenie piszącego te słowa... Co tu dużo gadać. Oto najmłodsza z pań Majewskich - Gabriela Małgorzata. Wspaniała dziewczyna.



Sierpień 2009
Góry, góry i góry. I te treningi dwa razy dziennie, jeżeli tylko obowiązki pozwalały lub nie przeszkadzały. Moc zdobyta w górach, po których tak radośnie mi się biegało, nie została wykorzystana we wrześniu podczas pilskiego półmaratonu. Do rekordu życiowego zabrakło wówczas 13 sekund.



Wrzesień 2009
Chrzciny córeczki. Kapitalne słowa pana księdza Krzysztofa (na zdjęciu dzielnie dzierży mikrofon w potężnej swej dłoni) podczas nauk przedchrzcielnych, podczas homilii i po uroczystości. I - najważniejsze - bezpieczeństwo dziecka.



Październik 2009
Przebiegłem wtedy swój drugi maraton. Dwa miesiące później paru biegaczy wytłumaczyło mi, dlaczego maraton poznański tak mnie bolał i tak mi nie poszedł. Drugi maraton najczęściej boli i najczęściej nie idzie. Pan Andrzej i pan Daniel najbardziej mówili, że drugi najbardziej nie idzie. Pan Daniel chyba najbardziej mówił, że nie idzie. Żeby nie start w barwach najlepszej drużyny biegowej na świecie, to to, co nie szło, bolałoby jeszcze bardziej niż najbardziej. I żeby nie to, że maraton ten był dla pani Gosi, mojej Szwagierki...



Listopad 2009
Uśmiech i radość córki. Powaga i duma syna. Mniejsza z bieganiem, mniejsza ze szkołą, mniejsza z żarciem, mniejsza z felietonistyką, angelologią i dalą (pozdrawiam pana Gałczyńskiego), mniejsza z mniejszą.




Grudzień 2009
Kolejny miesiąc rekordów. Ponad 260 kilometrów przebiegniętych w jednym miesiącu. Blisko 11,5 kilometra przy 18 stopniach poniżej zera lub 16 kilometrów przy 12 stopniach poniżej zera - co z tego jest rekordem? Nieistotne. Ważne, że pani Kowalczyk przywiezie z Vancouver kilka medali.




Jeszcze raz przepraszam pana Randdala. Uśmiecham się do pani Ismeny bardzo (re)prezentacyjnie. Panu Hagenowi życzę pięknej, śnieżno-fotograficznej Lubelszczyzny. Panu Barnabie zwycięstw na pływalni w stolicy i z pływalnią dla stolicy. Idę kąpać córkę.

komentarze (9) | dodaj komentarz

wtorek, 9 lutego 2010

Licznik odwiedzin: 47332




Mijamy

« luty »
pn wt śr cz pt sb nd
01020304050607
08091011121314
15161718192021
22232425262728

O mnie

Tomasz Majewski

Urodzony w roku zasłużonym
dla polskiej piłki nożnej,
w roku, o którym śpiewają
The Connells (o następnym
też śpiewają),
w pierwszej stolicy Polski.

Nauczyciel języka polskiego
z Unisławia,
ceniący lapidarne opisy.

Miłośnik gór i nizin, dobrej kuchni, dobrej literatury, dobrego filmu, dobrego teatru (także amatorskiego), dobrej muzyki i wszystkiego, co dobre, a szczególnie wszystkich, co dobrzy.

Mógłbym dużo o sobie pisać.
I naprawdę dużo dobrego. Moi znajomi wszystko by potwierdzili. Ale ci sami znajomi mówią też, że najbardziej cenią mnie za wrodzoną skromność. Zatem w informacji
o mnie nie będzie za dużo o moich zaletach.

Poza tym.
Jeest raadość!
Musi być klimat!


Kontakt:
t.majewski.prv.pl@wp.pl
GG 7792030

O moim bloogu

O wartości wartości i o tym, co jest naprawdę warte tego, aby było warte. Warto o tym pisać. Nawet jeśli wydaje się to być pisaniem o niczym.

Księga Gości

Ostatni wpis w księdze:

  • data: 17.11.2009 16:38:58
  • autor: AST
  • treść: biegnij.....bo warto...

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Wyliczono...

Odwiedziny: 47332
Wpisy
  • liczba: 150
  • komentarze: 1653
Księga gości: 43
free counters